Tagi

, ,

Miało być o jedzeniu i jedzeniu będzie. Jako że w Oviedo,  i w ogóle  w Asturii instytucja tapas nie istnieje albo występuje w ilości śladowej i po astronomicznych cenach tylko w knajpach turystycznych, kiedy usłyszałam, że  w Leónie owe tapas, za którymi stęskniłam się niemiłosiernie nie tylko są, ale w dodatku są wszędzie, ślinotok nie ustawał mi przez całą drogę.

Podróż kulinarną przez smaki Hiszpanii zainaugurował wspomniany w poprzednim poście dziad Feliks. Postanowił zrobić nam przystanek na obiad podczas podróży, zanim obraził się na amen. Zatrzymał się w środku prawie szczerego pola, otoczonego zewsząd malowniczymi widokami, gdzie przy drodze stała knajpa o podejrzanej reputacji i dwa, trzy niszczejące domy. Ale cóż było robić, niepewnie, z plecakami i kartonem z destynacją weszłyśmy do najdziwniejszego miejsca na świecie. Jak się lokal nazywał nie pamiętam. Ale na pewno był składowiskiem wszystkiego co właściwe  z żoną znaleźli w piwnicy/na śmietniku/u sąsiadów. Niezliczona ilość wszystkiego: puszek, lasek, zabawek, butelek, ozdóbek i różnych pierdół, wśród których znalazła się nawet klatka z ptakiem.

I jak się okazało, specyficzne miejsce ma również specyficzne żarcie – ser pokrojony na kartonie i jamón, podany w taki sam sposób. O dziwo, ser dobry a jamónem się zachwycała Karolina. Dziad jednak nas nie przekonał do siebie ( choć pewnie miał taką nadzieję 😉 ) i ruszyliśmy dalej.

León oferuje o wiele większą różnorodność niż dziwaczny przydrożny lokal. I tapas tutaj występuję jako niemalże obowiązkowy dodatek do piwa czy wina. W dodatku są tak urozmaicone, że nawet wegetarianin może zwariować od tej wielości 😉

Lokal o nazwie Madrid pokazał nam nasz host z Leónu, Miquel. Miejsce jest cały czas wypełnione ludźmi po brzegi, ściany ozdabiają rysunki  z matadorami a u sufitu, tak samo jak na południu Hiszpanii, zwisają jamóny. Tu po raz pierwszy spróbowałam wynalazku o nazwie Manzanilla de Sanlucar, czyli wina z rumianku, pochodzącego z Andaluzji ( jak twierdził kolega z Jaén, tradycyjnego),o smaku iście aptecznym. I oczywiście pod dostatkiem różnorakiego jedzenia: coś w stylu gazpacho, z posypką mięsną ( a jakże), paella tyż z mięsem ( dobrze że moja compañera mięso wcina, bo by się zmarnowało i recenzji nie było).

Były też inne dobrodziejstwa. Tortilla, która chyba pozostanie moim ulubionym jedzeniem hiszpańskim. I La sopa de ajo y huevo, czyla najsmaczniejsza na świecie zupa zrobiona  zbyle czego – czosnku, jajka i chleba, niby nic a niebo w gębie. Były też i kalmary, i kanapki  z jamónami, które ponoć pyszne ( pozostaje mi wierzyć), i pieczone ziemniaki, i pieczarki w sosie beszamelowym, i pikantne oliwki ( ale pikantne od czego to nie mam pojęcia). Ale co podobało mi się najbardziej  – kiedy na widok talerza z ochłapem mięsa czy kanapki z jamónem, drżącym głosem mówiłam „Ale ja mięsa nie jem”, – za każdym razem dostawałam coś innego 😀 Bez tłumaczenia dlaczego, i zapewniania,  że ryba to też mięsa. Największe zaskoczenie? Kanapka z sałatką, taką jak u nas na Boże Narodzenie czy wszelkie inne święta, zwykła, jarzynowa z majonezem. Cóż, widać istnieje wszędzie. Nie wszystko niestety załapało się na dokumentacje fotograficzną, bo część znikała od razu  z talerzyków.

Podsumowując, wycieczka do Leónu, była pół na pół zwiedzaniem i degustacją. Ale z racji, że jedzenie to też kultura czuję się rozgrzeszona całkowicie  z weekendowego obżarstwa. Mam tylko nadzieję, że w innych miastach, które plączą mi się po głowie, jako najbliższe destynacje, kuchnia hiszpańska też zaskoczy mnie pozytywnie.

Reklamy