Tagi

,

Wycieczkę do Santiago de Compostela rozpoczęłam w piątek, z  samego rana, czyli jak to w Hiszpanii, koło godziny 10. Zajęłam strategiczną pozycję za rondem del Sur i błagalnym wzrokiem, niczym kot ze Shreka, wpatrywałam się w kolejne mijające mnie samochody. Po nieoczekiwanie długim czasie( około pół godziny), i rozmowie z dwoma kierowcami, którzy co prawda zatrzymali się z dobrymi chęciami, ale zdążali w totalnie innym kierunku, zabrał mnie przemiły dziadek. Nie oferował co prawda podwiezienia do samego Santiago, ale obiecał, że zabierze mnie w miejsce, gdzie zaczyna się autostrada prosto do Galicji. Dziadek, nie dość że szalenie uprzejmy, to jeszcze okazał się pięćdziesięciokilkuletnim weganinem ( zdradził, gdzie w Asturii i Oviedo można zaopatrzyć się w tofu czy kotlety sojowe 😉 ), a jak później powiedział, w młodości nie raz sam stawał na poboczu drogi. Z całej rozmowy najbardziej zapadła mi  w pamięć jego definicja różnicy pomiędzy północą a Andaluzją: „Bo wiesz, świetnie to ilustruje przykład. Na południu wszyscy są strasznie otwarci i chętni do nawiązywania przyjaźni, i je nawiązują. Z tym, że ta ich przyjaźń, to trwa zazwyczaj jedną fiestę i nada más. My, ludzie z północy, podchodzimy do innych z trochę większym dystansem, dlatego oni mówią o nas zamknięci, ale to nie jest prawda. Bo kiedy my uznajemy kogoś za przyjaciela, to znaczy już na zawsze.” Za każdym razem staram się od towarzysza podróży dowiedzieć czegoś o Hiszpanii, o samych Hiszpanach, i zawsze są to rzeczy, których nie wyczytam w przewodnikach, czy w czeluściach Internetu. To chyba najcenniejszy rodzaj wiedzy jaki tu mogę zdobyć, ale wracając do samej podróży…

Dziadek wysadził mnie koło kolejnego ronda ( znanego mi już wcześniej z wycieczki do Cudillero), życzył szczęścia dalej,  ale ku mojemu ogromnemu zdziwieniu – jeszcze nie zdążyłam dobrze stanąć, a już zatrzymała się ogromna ciężarówka – kierowca trąbił i machał, żeby wsiadać ( bo teoretycznie nie powinien się był tam zatrzymać). Wdrapałam się do kabiny, i uśmiechnęłam numerem piątym, kiedy usłyszałam, że jedzie prościutko do Santiago. Mimo, że kierowca był bardzo rozmowny ( choć raczej preferował monolog niż dopuszczanie mnie do głosu), to jednak prędkość ciężarówki ( max 90km/h) zrobiła swoje, i po kilku godzinach podróż mi się trochę dłużyła,więc gapiłam się bezmyślnie w krajobrazy galicyjskiej ziemi, migające za oknami. Wysadził mnie w samym centrum (prawie, bo  w końcu dalej jechać już nie mógł). Wlazłam więc ochoczo w wąskie uliczki Santiago, którymi  z początku byłam zachwycona. Lecztylko z początku. Ale po kolei…

Mówi się, że Santiago to miasto pielgrzymów i studentów. Ci pierwsi zmierzają tu od czasu odkrycia grobu św. Jakuba ( IX w.), ci drudzy  – od pięciuset lat, czyli od momentu powstania tu uniwersytetu, który do dnia dzisiejszego ma opinię jednego najlepszych w Hiszpanii.

Św. Jakub – legenda i historia

Kim był ów Jakub? Historia jest dość długa i zawiła, ale może warto ją opowiedzieć, bo nie jest zbyt dobrze znana. Jakub był apostołem Jezusa, i świadkiem jego modlitwy w Getsemanii oraz Przemiany na Górze Tabor. Ze względu na swój porywczy charakter nazywany Synem Gromu, zginął śmiercią męczeńską ( dekapitacja) na rozkaz Heroda Agryppy w trakcie pierwszych prześladowań chrześcijan. Niektóre legendarne wersje jego biografii mówią, że Jakub był ewangelizatorem Półwyspu Iberyjskiego. Gdy  w Saragossie objawiła mu się Matka Boska, wrócił do Jerozolimy i tam zginął  z rąk Heroda (w pierwszych wiekach chrześcijaństwa oddawanie życia za wiarę było rzeczą oczywistą). Po ścięciu, wierni uczniowie, Teodor i Atanazy, złożyli ciało świętego na cudownej barce, która bez załogi i żagli dotarła do Galicji, do Iria Flavia (przylądek Finisterrae). Stamtąd przewieziono jego ciało i pochowano w głębi lądu. Po wielu wiekach, 25 lipca 813r. pustelnik Pelayo ( Pelagiusz) miał sen, w którym anioł wyjawił mu miejsce pochówku św. Jakuba. Grób znajdował się poza Iria Flavia, na starym cmentarzu (łac. compostum) w tajemniczym lesie, gdzie mówiono, że spadają gwiazdy (łac. campus stellae – pole gwiazd). Swoim odkryciem pustelnik podzielił się z ówczesnym biskupem Teodomirem. Wiadomość dotarła do króla Alfonsa II zwanego El Casto ( „czystej krwi”), który jako pierwszy odbył pielgrzymkę do grobu św. Jakuba. (tzw. Camino primitivo) i ufundował pierwszą świątynię romańską. W tym miejscu powstało później miasto, Santiago de Compostela i niemal od razu stało się najważniejszym, zaraz obok Rzymu, miejscem pielgrzymek całej Europy.

Dawniej pielgrzymowanie miało przede wszystkim charakter religijny. W wiekach średnich pielgrzymowano dla umocnienia wiary, odbycia pokuty, spełnienia ślubowania, z prośbą o uzdrowienie lub w celach dziękczynnych. Także wzorce zachowań rycerskich obowiązujące w średniowiecznej Europie nakazywały czczenie miejsc świętych. Ale również miasta i parafie wysyłały pielgrzymów w intencji ważnej dla danej społeczności, na przykład prosząc o koniec suszy lub o ustąpienie dżumy. W niektórych państwach, wyrokiem sądu nakazywano przestępcom pielgrzymkę do Santiago. Tradycyjnie drogę rozpoczynano od progu własnego domu. Przez wieki przemierzali ją przedstawiciele wszystkich stanów, w tym wiele znanych postaci (nawet władców).

Dziś każdy pielgrzym, zaopatrzony w muszę ze znakiem rozpoznawczym  w postaci namalowanego czerwonego krzyża, kiedy dotrze do Santiago, zmierza wprost do katedry górującej nad miastem. Charakterystyczny jest jej żółto zielony nalot, oraz porastające ją mech i rośliny – częsty problem zabytków w ogóle znajdujących się w Galicji ( powodują to częste deszcze i duża wilgotność powietrza).

Katedrę najlepiej oglądało mi się z pozycji leżącej ( bo tylko w taki sposób mogłam zrobić jej zdjęcie w całości ;)), zresztą nie  tylko mnie. Plac przed nią wypełniały dziesiątki pielgrzymów i… turystów. Niestety, poza katedrą i kilkoma wąskimi, urokliwymi uliczkami, miasto po brzegi wypełnione jest tandetą pamiątek, barów i restauracji, informujących, że albo mówią po niemiecku/angielsku/francusku etc., albo mają specjalne ceny dla pielgrzymów… Ponieważ nie lubię takiego klimatu, szwędanie po mieście znudziło mi się po jednym dniu a samo Santiago boleśnie mnie rozczarowało, i choć z początku podobało mi się i planowałam zostać tam do niedzieli, plan szybko został zmodyfikowany i w niedzielę ruszyłam do odległej o zaledwie 70 km A Coruña. Ale to już inna historia 😉 

I.. tandeta pamiątkowa :>

Za to pomijając cały przemysł pamiątkarsko-turystyczny, w Santiago moją sympatię wzbudziły szyldy barów i kawiarni. Są ładne, ciekawe, każdy ma swój własny, widoczny z daleka i zapraszający do środka. I oprócz tego, nie wiem to jak nazwać.. street art? Małe rysunki, graffiti, wycinanki poprzyklejane na murach w mało widocznych na pierwszy rzut oka miejscach.

Reklamy