Tagi

,

Miasto nad Atlantykiem, z prawdopodobnie najstarszą latarnią morską na świecie. Po 20 minutach sterczenia na wylocie z Santiago de Compostela, zatrzymuje się pan, który ewidentnie chciał znaleźć towarzystwo do rozmowy ( a raczej do słuchania jego monologu). Chyba ten miks tematów, opowieści  z historii Hiszpanii w jeżdżeniu stopem uwielbiam najbardziej. Dowiaduję się, że ziemniaki przybyły do Europy z Peru, ale rozpowszechniły się właśnie za pomocą portu w A Coruña, do którego przybywały statki z  Ameryki Południowej. Mijając lasy eukaliptusowe, pytam  z ciekawości, czy w Hiszpanii chodzi się na grzyby. Otóż chodzi się, ale bardzo rzadko, bo mało kto się na nich zna. A ci, którzy odróżniają trujące od jadalnych, zarabiają niezłą kasę sprzedając je jako rarytas dla lokalnych restauracji. Pan kierowca, nadrabiając jakieś 50 km zawozi mnie do samego centrum A Coruña, twierdząc, że ma czas, bo w końcu jest niedziela,  a na odchodne upewnia się, że niczego mi nie trzeba i każde z nas rusza w swoją stronę.

Pomnik Matko Bożej, czczonej przez rybaków.

Portowa, słoneczna, nowoczesna, otoczona zewsząd morzem – taka jest właśnie A Coruña. Tym, co wyróżnia miasto spośród wielu innych portów jest jest jego kształt – mówi się, że przypomina spienioną falę morską, która wcina się w morze.

Miasto od zawsze spełniało rolę ważnego portu. Przybyli w I w.p.n.e. Rzymianie nazwali tereny półwyspu Portus Magnum Artabrorum, wskazując na dawnych mieszkańców tych ziem, plemię Artabrów. W okresie preromańskim tereny dzisiejszej A Coruñi nazywane były także Brygantią. Dla Rzymian port miał ogrmone znaczenie strategiczne – pozwalał na dogodny dostęp do Wysp Brytyjskich. W II w. Rzymianie wybudowali tu latarnię morską. Na jej miescu znajduje się obecnie Torre Hércules (jej fundamentem jest rzymska latarnia).

W V w. Rzymianie opuścili te tereny i przez okres ośmiu wieków nikt nie podbił A Coruñi. Dopiero w XIII miasto zdobył Alfons XIII nadając mu nazwę Corunia. Dzięki handlowi zamorskiemu  z Nowym Światem, XVII i XVIII w. były „złotym okresem” dla rozwoju miasta. Współcześnie miasto jest jednym  z najważniejszych portów Hiszpanii. Odgrywa również ważną rolę jako centrum handlowo kulturowe północnej Galicji.

A Coruña położona jest częściowo na półwyspie,otoczona zewsząd morzem i niejako „odwrócona plecami do lądu”. Wokól półwyspu stworzono imponujący deptak, zwany Paseo Marítimo , wzdłóż którego ustawione są czerwone latarnie, charakteryzowane na secesyjne. Wzdłuż tej części miasta dawniej jeździł tramwaj ( są szyny), ale nie działa od długiego już czasu, jak mi ktoś powiedział. Spacer wokól całego cypla zajął mi jakieś 3 godziny, ale z  racji że dopisywała pogoda, mogłam podziwiać ocean. A widoki w słoneczny dzień są naprawdę  niesamowite.

A tak  w ramach ciekawostki przyrodniczej – latarnia morska jest tak słynna, że wystepuje nawet na toi toi 🙂

Po drugiej stronie cypla znajduje się owa latarnia morska – Torre Hércules, prawdopodobnie najbardziej charakterystyczny zabytek miasta. Zbudowana przez Rzymian, jak wspomniałam wcześniej, w celu kierowania statków zmierzających do Wielkiej Brytanii, służy ludziom do dnia dzisiejszego. Obecnie liczy 59m,  a na jej szczyt prowadzą spiralne schody.

Mityczne początki wieży Herculesa 

Według klasycznej mitologii dziesiątą pracą Herculesa było pokonanie okrutnego władcy Galicji – Geriona. IStnieje wiele wersji tego miu. Tą, którą w swojej kronice Crónica General przywołał Alfons X Mądry (XIII w.), mówi, że gdy Hercules po trzech dniach zaciętych walk pokonał olbrzyma Geriona, kazał zbudować wielką wieżę, w której fundamentach umieścił jego odciętą głowę. Wokól latarni powstało później piękne miasto, wolne już od despotycznego władcy. Legenda mówi, że pierwszą osobą, która tu zamieszkała była kobieta o imieniu Corunna – stąd wywodzi się etymologię obecnej nazwy miasta. Inne podanie mówi, że kuzyn Herculesa, król Hispan, zaproponował, by na szczycie wieży umieścić magiczne lustro, by móc  zawczasu ostrzegać mieszkańców o przybyciu nieprzyjacielskich statków. Legenda ta powstała najprawdopodobniej stąd, że punkty obserwacyjne ponad wybrzeżem w łacinie noszą nazwę especulas. OD 1448 r. wieża Herculesa znajduje się w herbie miasta.

Wokól wieży Herculesa znajduje się Parque Escultórico, zwany również Parkiem Celtyckim lub OGrodami Herculesa. Wybrzeże ponoć gęsto porastają wrzosy – choć ja widziałam jedynie suchą, żółto-zieloną, spalona słońcem trawę. Tutaj też znajduja się Menhires – kamieniste rzeźby identyfikowane z kulturą celtycką, przypominające trochę Stonehenge. Ale sąd się tam wzięły i kiedy, nie wyszperałam, nikt  z pytanych mnie osób też nie wiedział.

Krajobraz oceaniczny, i sam deptak są najbardziej malowniczą częścią miasta. Wchodzą  w głąb A Coruña, trudno popaść w zachwyt. Ulice są nowoczesne,  z mnóstwem wysokich budynków, i na próżno szukać urokliwych wąskich uliczek rodem z León  czy Santiago. Jako że w niedzielę wszystkie punkty informacji były zamknięte, dysponowałam jedynie mapa  z przewodnika, i gubiąc się w mieście co i rusz, w poszukiwaniu dworca autobusowego, zupełnie przez przypadek natrafiłam na rzecz wspaniałą. Oto bowiem, w labiryncie ulic, w brzydkim, urbanistycznym krajobrazie moim oczom ukazała się Plaza del Humor. Nie wspominał o niej przewodnik, nie słyszałam też o tym miejscu wcześniej. Jest to maleńki plac, który pokrywają wycięte w marmurowych płytkach karykatury przedstawiające znanych pisarzy, i postacie z dziecięcych bajek. Znajduje się tam też kilka zabawnych rzeźb z popiersiami pisarzy ( wstyd, bo żadnego nie kojarzę). Jak mi powiedziano później, plac ten jest dobrze znany, ale głównie wśród mieszkańców miasta – wieczorami pełni funkcję botellónu 😉

Miastem jestem zachwycona. Widokami, szumem morza słyszalnym w każdym zaułku, lazurowym niebem, nawet skrzeczącymi z góry mewami. Zdecydowanie była to fantastyczna odmiana po dzikich tłumach turystów w Santiago.

Sama podróż powrotna do Oviedo minęła mi niespodziewanie szybko (momentami 150km/h), ale już inną trasą. Tym razem jechałam wśród górzystych krajobrazów i pustkowi, przy dźwiękach cyklu płyt zatytułowanych Desert Sessions, w których obecnie jestem rozsłuchana na amen, a uprzejmy kierowca podwiózł mnie pod samiuteńki dom.

Na koniec więc muzyka, przy której można czułam się jak w amerykańskim filmie drogi, kiedy z oknami przewijały się krajobrazy, które do tej pory widziałam jedynie w National Geographic (momentami podobne do tych w wpisu o León).