Tagi

, ,

Pomysł na wycieczkę do Madrytu zrodził się w mojej głowie w środę podczas przygotowywania obiadu. Zrobiłam już porządek ze zdjęciami z zeszłego tygodnia, a nic pilnego nie czekało na mnie po weekendzie. Madryt kusił… W dodatku nie jest to jakaś kosmiczna odległość, jedynie 450 km. A co mi tam, pomyślałam. Upewniłam się, że mam gdzie spać, przeglądnęłam pobieżnie Lonely Planet i w piątek, o stałej porze (szczerze wierzę, że przed 10 naprawdę niewielka ilość Hiszpanów jest w stanie zerwać się z łóżka), po raz kolejny stanęłam na poboczu drogi. Po godzinie oczekiwania, co mi się wcześniej nie zdarzyło, zaczynałam już nawet rozważać kupienie biletu autobusowego ( ale z racji, że kosztuje ponad 30 € nie mogłam się przemóc), i  w momencie, kiedy miałam się kierować w stronę dworca autobusowego, ktoś się zatrzymał. To jeden z tych magicznych momentów, kiedy wszystko inne przestaje mieć znaczenie – że jest gorąco, że plecak jest ciężki, że długo się stało. Jest. I to jest najważniejsze. Pan w środku oznajmił, że jedzie prosto do Madrytu, do narzeczonej. Ucieszyłam się obrzydliwie, mój portfel odetchnął  z ulgą, a następne 4h minęły błyskawicznie. Dzieki Bogu, po raz kolejny trafiłam na nieprawdopodobnie rozgadaną osobę, i ani na minutę nie zapadła krępująca cisza. Opowiadał o podróżach, o tym jak piękna jest Kolumbia, o mnóstwie rzeczy. Najbardziej podobała mi się jego definicja mentalności Galicyjczyka:

„To taka osoba, że jak spotkasz ją na schodach, i zapytasz, czy idzie w górę czy w dół, zawsze odpowie – Hm.. depende.”

Pan wysadził mnie dokładnie tam gdzie chciałam, i choć ostatecznie okazało się, że znajduję się na drugim końcu miasta, i sama podróż metrem zajęła mi prawie 1,5h, to przygoda jest przygodą.

Museo Nacional Reina Sofia 

Muzeami rozpoczęłam zwiedzanie. Muzeum sztuki współczesnej mieści się w jednym  z największych budynków w Madrycie – neoklasycystycznym Hospital General, zwanym również Edificio Sabatini. Co prawda widziałam już kolekcję Picassa w Maladze, ale ilość zgromadzonych obrazów w tym muzeum potrafi przyprawić o zawrót głowy. Juan Gris, Pablo Picasso, Diego Rivera, Salvador Dalí, Joan Miró, Bacon, Henry Moore…. Obrazy które znałam do tej pory jedynie z kiepskich reprodukcji w starych podręcznikach do historii sztuki, były na wyciągnięcie ręki. W tym 7 metrowa Guerenica namalowana przez Picassa. Jak można się łatwo domyślić, w największy zachwyt wprawiły mnie sale z obrazami surrealistów  w tym Dalego, które widziałam na żywo po raz pierwszy, i zachwytom nie było końca. Jako że w muzeum można było robić zdjęcia (  w Reina Sofia stanowi pod tym względem wyjątek, bo w pozostałych dwóch już nie wolno było używać aparatu, ale to nawet dobrze, bo można się skupić na oglądaniu, a nie omijaniu Japończyków i ich monstrualnych aparatów 😉 ), mam kilka które mnie zachwyciły, a całą kolekcję można zobaczyć na stronie muzeum.

Fernand Léger Naturaleza muerte con la lámpara

 Salvador Dalí Autorretrato cubista

Juan Grís Retrato de Josette Grís

Juan Grís La mesa del músico

  Salvador Dalí Muchacha en la ventana

  Salvador Dalí El enigma de Hitler

Joan Miró La sonrisa de alas flameantes

Museo Nacional del Prado

Jest prawdopodobnie jedną z największych atrakcji Madrytu. Wśród zbiorów muzeum ( jednago  z największych jakie w życiu widziałam), znaleźć można przede wszystkim kompleksową kolekcję hiszpańskich malarzy nadwornych  Velázqueza i Goi, oraz płótna przedstawicieli innych krajów, z którymi Hiszpania utrzymywała zażyłe stosunki – Włoch, Francji, południowej Holandii. Widziałam więc tutaj prawdziwe arcydzieła: Rafaela, malarstwo flamandzkie, które w rzeczywistości wcale nie jest takie ciemne jak na reprodukcjach z książek. Obrazy wczesnorenesansowe, które są tak kolorowe, jakby namalowane przed chwilą, i jeszcze dobrze nie zdążyły wyschnąć. Dzieła Boscha, tak piękne i szczegółowe, że wydaje się jakby malowane były pędzlem  z jednym tylko włosem. Tycjan, Rubens, El Greco, Goya, Caravaggio, Bruegel, van Dyck… Długo by wymieniać. Galeria internetowa znajduje się tutaj, ale po wizycie w tym muzeum wiem, że sztukę trzeba oglądać na żywo, a w Prado można spędzić kilka dni.

Museo Thyssen-Bornemisza

Ostatnie  z odwiedzonych przez mnie muzeów. Nie aż tak wielkie, jak dwa poprzednie, ale kolekcja którą posiada jest doskonałym uzupełnieniem zbiorów madryckich i razem z Prado i Reina Sofia tworzą kompletną całość. Kolekcja obejmuje dzieła od XIV do XX wieku, i choć niektórzy zarzucają Bornemiszom, że ich kolekcja to zbiór  dobrany bez ładu i składu, można znaleźć perełki. Mnie wśród wszystkiego najbardziej zachwyciły obrazu z okresu impresjonizmu, ekspresjonizmu, fowizmu. Po raz pierwszy miałam okazję zobaczyć  z bliska Moneta, którego płótna  z odległości 20 cm po prostu nie wyglądają, są plamami farby na kawałku tkaniny, które magicznie stają się obrazem dopiero  z odległości ok 10metrów. Obrazy van Gogha zaś, o nieprawdopodobnie intensywnych kolorach, i grubej warstwie położonej farby ( zastanawiałam się ile tubek zużywał za jednym razem), kładzionej jakby bez użycia pędzla. Też Gauguin, Degas, Renoir, Sisley, Pizarro, Chagall…. I co mnie rozczarowało boleśnie.. W miejscu gdzie normalnie wisi mój najukochańszy obraz Salvadora Dali Sen wywołany lotem pszczoły nad owocem granatu na sekundę przed przebudzeniem, zastałam kartkę, że został wypożyczony do Paryża, i wróci dopiero w okolicach lutego. Ja też wrócę do muzeów madryckich, bo po jednym razie czuję nieprawdopodobny niedosyt.

Reklamy