Tagi

, ,

San Sebastián jest miastem o któym słyszałam już bardzo wiele,  a przede wszystkim, że jest najpiękniejszym miejscem na północy Hiszpanii. Mówili tak lokalsi (uwielbiam to okreslenie na rodowitych mieszkańców jakiegoś regionu), i ludzie, którzy po prostu San Sebastián odwiedzili. Po takich rekomendacjach,podjęcie decyzji, że tam udam się na kolejną wycieczkę nie zajęło dużo czasu, właściwie kilka minut 😉
W sobotni poranek startuję po raz kolejny z Oviedo. Tym razem jednak nie poszło tak łatwo i radośnie jak zazwyczaj ( może dlatego że to była sobota ? ). Droga była pełna przystanków, bo nikt nie jechał więcej niż kilkadziesiąt kilometrów w kierunku San Sebastián, więc miałam postoje i w Llanes, i w Santanderze, i w Bilbao. I tym razem uprzejmi kierowcy byli inni, pierwsi niezbyt rozgadani, potem podrzucił mnie około 50-letni hipis, jadący vanem  z psem na południe do Cádiz, żeby tam przezimować. Swoją drogą fajny pomysł, a jak twierdził, robi tak nie po raz pierwszy, bo spędzał zimy już  i w Maladze  i w Cordobie. Później trafił się nauczyciel plastyki, a na sam koniec, radosny samochodzik – 2 facetów śpiewających flamenco w wersji pop. Poznałam dzięki nim kilka hitów, które do tej pory plączą się po głowie, i przywołują radosne wspomnienia. Mogę się nawet podzieli doznaniami muzycznymi – grupa Los Delinqüentes pochodząca  z Jerez de la Frontera w Andaluzji;)

Z racji, że z nikim nie jechałam dłużej niż pół godziny, nie zdążyłam  z nikim nawiązać ciekawszej rozmowy, ale najważniejsze że w końcu wylądowałam w upragnionym mieście.

 San Sebastián pod względem rozplanowania urbanistycznego jest chyba jednym  z najciekawszych miast wybrzeża hiszpańskiego –  z łagodnym łukiem zatoki ponoć przypomina muszlę. Z perspektywy lądu przypominać ma morską falę, co wykorzystano do stworzenia logo promującego miasto. Moja wyobraznia chyba jest ograniczona, bo mnie ta zatoka muszlę średnio przypomina ( wysepka na środku – wyspa św. Klary ma być perłą), ale lepiej sprawdzić samemu.

San Sebastian, źródło: Google Maps

San Sebastián ( w języku Basków Donostia), jest stolicą Guipuzcoa  w autonomicznym regionie Kraju Basków. Pierwsze wzmianki o mieście pochodzą z 1014 roku, kiedy utworzono dla Leire klasztor św. Sebastiana ( San Sebastián). Prawa lokacyjne nadał miastu w 1180 roku król Nawarry, Sancho Mądry. Z racji swego położenia San Sebastián spełniało od początku rolę portu, a także centrum połowu wielorybów oraz dorsza. Rozwój szlaku pielgrzymkowego do grobu św. Jakuba w naturalny sposób przyczynił się do rozwoju miasta. Na początku XX wieku nastąpił znaczny przysrost demograficzny i  San Sebastián stał się stolicą wypoczynkowo-wakacyjną wśród europejskiej burżuazji. Od 2 połowy XX wieku miasto przeżywało gwałtowny wzrost gospodarczy i ekonomiczny, stając się u progu XXi w. ważnym ośrodkiem przemysłowym i ekonomicznym Hiszpanii.

Zwiedzałam  z mapą. Ale nie jakąs byle jaką, tylko taką, którą narysował mi mój wspaniały host  z Couch Surfingu, na której zaznaczył wszystko co jego zdaniem, jako osoby która tu mieszka, jest warte zobaczenia w ciągu jednego dnia. I niesamowicie się przydała, nawet była dokładniejsza niż mapa która dostałam w punkcie informacyjnym 😉

Linię brzegową San Sebastián wyznaczają dwa wzniesienia Monte Igueldo i Monte Urgull. Pomiędzy nimi rozciąga się zaliczana do najpiękniejszych plaż Hiszpanii Playa de la Concha ( concha – muszla), oraz Playa Ondaretta łącząca miasto z morzem. 

Na Monte Urgull znajdują się resztki XII-wiecznego zamku ( i resztki to dobre określenie na te pozostałości). Do wdrapania się na tą górę wcale nie przekonał mnie zamek, ale … 12,5 metrowy pomnik Jezusa Sagrado Corazón, autorstwa Lorenzo Coullauta, który był także autorem rzeźb Don Kichote i Sancho Pansy na Plaza de España w Madrycie. Hiszpania lubi pomniki Jezusa,  i to kolejny, po tym z Oviedo, który tutaj widziałam. Z wzniesinia roztacza się też fantastyczny widok na panoramę oceanu, na miasto i plażę de la concha. Więc warto było się męczyć, dla kilku ładnych zdjęć 😉

Z Monte Urgull fajnie się jest przejść deptakiem przy samej plaży, oglądać ludzi wylegujących się w słońcu i nadmorskie budynki i kawiarnie, bu na samym końcu zobaczyć jedną z metalowych rzeźb w San Sebastian, zwana Grzebieniem Wiatru ( El Peine del Viento, 1977). Tworzą ją trzy metalowe elementy, zainstalowane wprost na niekształtnych głazach, porzuconych  w tej części zatoki. Zaprojektował ją znany w Kraju Basków artysta Eduardo Chillida, którego marzeniem było pozwolić, żeby do miasta wkraczał „wiatr czesany grzebieniem”. Grzebienia tam nie widziałam, bardziej przypominało mi to resztki kotwicy, ale.. widocznie mam inną wyobraźnię niż rzeźbiarz 😉

Plaża jest rzeczywiście przepiękna, i człowiek się wkurza sam na siebie, jeśli w takich momentach nie jest wyposażony w kostium kąpielowy. Trzeba było więc kierować się  w stronę miasta. Po drodze  do centrum mijam park Alderi-Edgar, maleńki ale malowniczy, z palmami, jak przystało na nadmorską miejscowość.

Wchodząc w centrum miasta, w którym jak w każdej mniejszej miejscowości znaleźć można wąskie uliczki, malownicze kamienice, mnóstwo szyldów, i w ogóle kameralny klimat trafiam na Plaza de la Constitución, na której aktualnie odbywają się rozmaite fiesty.  Kolorowa fasada otaczających plac budynków z licznymi balkonami przypomina jednak, że niegdyś była to arena walki byków. Nad każdym oknem znajduje się numer, oznaczający miejsce dla widza. Samo centrum pomimo swojej urody, nie jest niczym wyjątkowym wśród miast hiszpańskich, ot ładne miejsce, ale spaceruje się po nim fajnie.

Jak napisałam wcześniej, w samym mieście nie jestem  w stanie się zakochać, chyba bardziej nawet podobała mi się A Coruña. Niemniej jest urokliwe, i pewnie przy dłuższym poznaniu wiele by zyskało. Jest jednak coś, co czyni to miasto wyjątkowym… Ale  o tym  w następnym poście, tymczasem jeszcze kilka migawek ze spaceru po mieście muszli 😉