Tagi

,

Wyjdzie na to że połowę każdej wycieczki spędzam nad talerzem, i robiąc zdjęcia jedzeniu. Ale nie sposób tego nie robić, zwłaszcza w takich miejscach jak San Sebastián, gdzie jedzenie nie jest tylko po to, żeby napełnić żołądek – urasta do rangi sztuki. Mówi się, że  San Sebastián jest miastem z największą ilością gwiazdek Michelin na metr kwadratowy. Faktem jest, że prawdopodobnie, razem  z Paryżem zajmuje pierwsze miejsce wśród światowych stolic kulinarnych.

Wchodząc więc do restauracji i barów w mieście może się zakręcić  w głowie od ilości przepięknego jedzenia znajdującego się na barach. Królują tutaj tak zwane pintxos. Nazwa tradycyjnie pochodzi od małych kromek chleba, na których kładzie się małe porcje jedzenia. Nazwę pintxo ( pincho w innych regionach, hiszp. pinchar – kłuć, przekłuwać), otrzymała ponieważ porcja jedzenia była przymocowana do chleba za pomocą wykałaczki, chociaż obecnie nie jest to konieczne ( choć najczęściej spotykane). Jest podobne do tapas, ale nie jest to to samo. Różnicą jest, że tapas zazwyczaj serwuje się jako dodatek do zamówionych przy barze napojów, natomiast pinchos zamawia się osobno i te porcje są większe. Są pinchos zimne, które znajdują się na barze, i klient bierze je sam, lub prosi o podanie kelnera lub barmana. Są też pinchos ciepłe, które już trzeba zamawiać bezpośrednio  u osoby za barem.

Pinchos są wyjątkowo związane z gastronomią regionu Kraju Basków, w który zazwyczaj je się je jako przystawkę, popijając czerwonym winem, albo zurito, czyli po prostu małą szklanką piwa.

Pinchos to może być praktycznie wszystko: tortilla de patatas, ryby, owoce morza, specjalnie przygotowane kawałki mięsa, warzywa, sery, krokiety…  Ograniczeniem jest jedynie wyobraźnia kucharzy, choć mam wrażenie, że w San Sebastián takie ograniczenie nie istnieje

W niektórych barach, do każdego z pinchos  używa się innej wykałaczki, aby na koniec, policzyć wykałaczki jakie  ma klient i w ten sposób obliczyć kwotę rachunku. Zwyczaj używania wykałaczek długich, krótkich, kolorowych istnieje, choć nie jest norma we wszystkich barach ( pewnie z racji, że trudno byłoby się połapać przy tłumie ludzi w porze obiadowej, kiedy bary są pełne, i trudno się przecisnąć do samego baru). Swoją droga niesamowite w Hiszpanii jest to, że ludzie po zjedzeniu, cierpliwie czekają na swoją kolejkę… aby zapłacić rachunek ( w Polsce pewnie zniecierpliwieni po prostu by wyszli 😉 )

Byłam więc w raju pinchos. Jednak nie jest to raj dla wegetarianina, bo owszem, wszędzie bez problemu znajdzie się tortillę de patatas, ale… poza tym niewiele. Trzeba się nieźle nagimnastykować, i połazić, żeby znaleźć coś innego niż ziemniaczki ( swoją drogą pyszne). Ale udało się spróbować czegoś innego.  Inna sprawa, że San Sebastián do najtańszych miejsc na świecie nie należy, i czasem za maleńką porcyjkę trzeba by zapłacić 2-3€. Więc zamiast opychać się do nieprzytomności, podziwiałam i robiłam zdjęcia, bo lady barów były zachwycające.

Reklamy