Tagi

, , , ,

Muszę stwierdzić, że mam wyraźnego pecha do Salamanki. Wczoraj podjęłam kolejną próbę wycieczki w tym kierunki. I o dziwo pogoda dopisywała, radośnie więc się spakowałam i ruszyłam w znanym już kierunku. Z tym że totalnie bezowocnie spędziłam sporo czasu ( bo prawie 3 godziny) szczerząc się do kierowców przy zjeździe na autostradę w kierunku Salamanki. Nie wiem, czy akurat w tę sobotę nikt nie jechał w tym kierunku, czy nikt nie wykazał dobrej woli, faktem jest, że tracę wiarę w powodzenie autostopowych wypraw w sobotę. Nikt nawet się nie zatrzymał, oferując podrzucenie o kilka kilometrów jak to działo się zazwyczaj.Nie wyglądałam jak morderca bardziej niż normalnie, więc totalnie nie wiem dlaczego, może fakt, że wczoraj była pełnia księżyca, źle działał na Hiszpanów i ich chęć niesienia bezinteresownej pomocy 😉 Zrezygnowana, zła i bez planu na dalszą cześć dnia wróciłam więc do domu.

I ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, w domu ( raczej w skrzynce mailowej), czekała na mnie radosna wiadomość – otóż ktoś z Couch surfingu zaoferował, że pojedzie ze mną na fiestę El Amagüestu, która odbywała się w Navelgas, jakieś 70 km od Oviedo, i na którą ja chciałam się wybrać, ale nie miałam jak bo żaden autobus tam nie dojeżdża), w dodatku samochodem 🙂 Dzień został więc uratowany, a ja przebolałam jakoś nieudany trip do Salamanki, ba, nawet o nim całkiem zapomniałam.  W dodatku poznałam kolejną fantastyczną osobę. Vivat Cs, vivat Hiszpania.

Zanim powiem jak na owej fieście było, wypadałoby opowiedzieć czym ona jest. Ponieważ jest związana z kasztanami, swój początek też wzięła od nich. Od paleolitu bowiem, człowiek odżywiał się kasztanami i żołędziami. A wraz z ekspansją uprawy kasztanów czasach rzymskich, stały się one podstawowym pożywieniem ubogiej warstwy społeczeństwa, jedzono go jako owoc świeży, suszony a także mielono go aby otrzymać mąkę. W XVI wieku, sprowadzenie do Hiszpanii kukurydzy i ziemniaków z Ameryki sprawiło, że kasztany utraciły swoje znaczenie jako główne pożywienie ludzi zamieszkujących wsie.

Tradycyjnie owa fiesta El Amagüestu, odbywała się podczas zbioru kasztanów, i służyła także jako swego rodzaju podziękowanie naturze za otrzymane plony. Obecnie, w dniach między 1 listopada a 11 (San Martín), celebruje się to święto. Nie brakuje wtedy kasztanów pieczonych na ogniu, słodkiej sidry i chorizo.

Podczas El Amagüestu rozpala się ognisko aby upiec kasztany, choć częściej przygotowuje się je nad żarem, umieszczając w metalowym pojemniku z otworami, który nazywa się tambor. Upieczone obiera się ze skorupki i je ( najlepsze są gorące). Czasami ludzie skaczą przez ognisko, co ma przynieść szczęście, opowiada się tradycyjne asturiańskie legendy i opowieści i śpiewa ludowe pieśni. A pieczone kasztany popija się sidra dulce.  Co to jest? Po prostu sok jabłkowy, jeszcze nie sfermentowany, nie zawierający alkoholu,  z którego później przygotowana jest sidra.

Fiesta, na której ja byłam odbywała się  w maleńkim miasteczku w górach. Nie było tam dużo ludzi, nie było też ogniska, a kasztany piekło się na żarze. Były też „stoiska”, pokazujące jak dawniej pracowali ludzie na wsi – jak robiło się chodaki, masło, przędło wełnę etc. A to wszystko wśród dźwięków tradycyjnej muzyki, ludzi tańczących aby się rozgrzać, rozwrzeszczanych dzieci. Fantastyczna sprawa. Obżarłam się kasztanami za wszystkie czasy, bo pochłonęłam ich z 2 kg, popijającym to sidra dulce, próbowałam śpiewać z innymi najpopularniejszą pijacką przyśpiewkę, a mianowicie hymn Asturii (jak zapewniał mnie znajomy z Cs, ponoć  śpiewa się ją podczas borrachera w całej Hiszpanii). Zdziwiłam się, kiedy zobaczyłam ludzi wcinających naleśniki –frixuelos, posypane cukrem, co jest normalnym i popularnym tu deserem. Ale kiedy opowiadałam, w jaki sposób serwuje się je Polsce, Hiszpan krzywił się z niesmakiem 😉 W każdym razie, było fantastycznie. Lokalne fiesty są chyba tym, co uwielbiam najbardziej.

Jedno ze stoisk, pracownia kowala.

Tu pracownia, gdzie ręcznie wytwarzano chodaki.

Tu demonstrowano, jak wytwarzano masło ( też można było spróbować). I nie mieli normalnej maselniczki, jaką pamiętam  z polskiej wsi.

Była też pokazana dawna szkoła wiejska.

Stoisko  z naleśnikami.

Degustacja sidra dulce, i „korytko” do jej wytwarzania.

Panie wyrabiające ciasto na chleb, i przędące wełnę.

i varia. Ludzie.

Na tej fieście podobało mi się bardzo, dlatego też, kiedy przeczytałam, że dzisiaj, W Oviedo, na sidrowym bulwarze, także świętuje się El Amagüestu, zwinęłam z domu aparat i poszłam. Ale rozczarowałam się trochę. Bo tutaj, w mieście, nie jest tak fajnie jak  na wsi. Nie ma ogniska, nie ma ludzi, którzy się cieszą. Jest tylko kilka stoisk sprzedających kasztany pośród knajp, i kilka innych gdzie rozdają sidrę, ulica się pokryta warstwą łupinek od kasztanów. I mnóstwo ludzi. Dlatego w sumie to się cieszę, że do Salamanki nie dojechałam, a objadłam się kasztanami na lokalnej imprezie. Do trzech razy sztuka, i do regionu Kastylii spróbuję pojechać.. za jakiś czas, i nie podczas soboty i pełni 😉

A na sam koniec… wspomniany wcześniej hymn Asturii. Tak, jakby ktoś miał ochotę włączyć go do swojego repertuaru 😉

Reklamy