Tagi

, , , , ,

Po długiej przerwie, i w pisaniu i w zwiedzaniu czas pochwalić się kolejnym tripem. Pomysł skromnej rekonkwisty półwyspu iberyjskiego narodził się dość dawno, po części zainspirowany piosenką The Doors, po części wynikający z tęsknoty za Andaluzją, gdzie zapewne na zawsze został kawałek mojego serca 🙂 Początkowy plan obejmował zwiedzenie Porto, Lizbony, Sevilli, Cordoby i Granady. I jako że środkiem transportu jak zwykle był autostop nie obyło się bez przygód, rozmaitych.  Ale po kolei. Pierwszą destynacją w długiej dość, bo trwającej ponad trzy tygodnie wycieczce było Porto ( grzechem byłoby będąc w Oviedo nie odwiedzić Portugalii). Jako, że nie da się oddzielić przygód od odwiedzonych miejsc, postaram się opisać wszystko po trochu 🙂

Z planem dotarcia do Porto w ciągu jednego dnia ( bo odległość 500 km wydawała mi się do przejechania) zajęłam moją strategiczną pozycję na wyjeździe z Oviedo. Najpierw zgarnął mnie zabawny facet i wysadził kawałek za Oviedo – po to, żeby spotkała Javiera, dokładnie tego samego człowieka, który kiedyś zabrał mnie  z León do Cudillero. No hay dos sin tres  mówi przekonany, że jeszcze kiedyś na pewno na siebie wpadniemy całkiem przez przypadek w tak małym kraju jakim jest Hiszpania, i że następny razem to już mi włączy taksometr 🙂 Później od León do Lugo ( choć trochę nie po drodze) jechałam z jakimiś sześcioma osobami, w tym  z kupcem złota w fioletowej koszuli, który miał syna o wdzięcznie i hiszpańsko brzmiącym imieniu Kevin (ponoć popularne wśród Cyganów), dziadkiem, który był fanem opery i pracował jako wolontariusz, robiący masaż stóp pielgrzymom do Santiago de Compostela, pierwszą kobitką w moim życiu, która się zatrzymała, żeby mnie zgarnąć i parą, jadącą do spa, która wysadziła mnie na totalnym zadupiu przed Orense, gdzie wśród piania kur wróżyłam sobie noc pod gwiazdami. I nawet mi się ta perspektywa podobała. Ale do Orense zawiózł mnie inżynier, chcąc uratować mi życie. Z Orense próbowałam dostać się do Vigo ( gdzie też przepowiadałam sobie spanie na plaży), ale… nie może obyć się bez sytuacji zabawnych. Zatrzymała się para przyjaciół, mówiąc że jadą kawałek za granicę z Portugalią, obejrzeć jakiś lokal. Hm… Jadę więc z nimi, Portugalia, to w końcu Portugalia a nie kolejne zadupie
Myliłam, się , i to bardzo. Bo choć po drugiej stronie granicy, od Porto dzieliło mnie jakieś 100km, i miejsce było piękne jak jasna cholera, to stopa bym tam złapała, ale chyba na osła :> Jako że moja karma działała doskonale, Carmen ( bo tak miała na imię kobitka) mówi, że absolutnie nie ma takiej możliwości, żebym spała gdzieś w portugalskich krzakach, i zabiera mnie do siebie do domu, dokarmiając wcześniej i pojąc likierem kawowym,  z którego słynie Galicja ( i który jest wyjątkowo dobry swoją drogą).

Kontynuuję dnia następnego, zaczynając z tego samego miejsca, z które zgarnęłam mnie wcześniej owa para wariatów ( bo świry z nich były straszne). Szybko dostałam się na ostatnią stację benzynową przed granicą portugalską, gdzie pomogli mi przeuprzejmi panowie z polskiego tira. Obiecali mi znaleźć tir, który zawiezie mnie prosto do Porto, i dwóch godzinach rozmów, kawie i śniadaniu ( bez tego się nie mogło obejść), znalazł się transport, pożegnałam się  z rodakami, przesiadłam się do kolejnej ciężarówki i z zachwytem podziwiałam przewijający się za oknem krajobraz portugalskich wiosek. Popołudniem zatem postawiłam więc drugi krok na ziemi portugalskiej. I choć z portugalskiego nie znałam ani jednego słowa, to po hiszpańsku jakoś szło się dogadać, i pomagało mi pół świata – tu ktoś zaprowadził mnie do metra, tu dał bilet, tutaj doprowadził pod same drzwi Csowego domu, jako że moja zdolnośc posługiwania się mapą czasami zawodzi.

Trafiłam więc do pierwszego domu w trakcie mojej wędrówki, przekochanej acz nie najrozmowniejszej Słowaczki ( choć może jej lakoniczność wynikała z tego, że nie dopuściłam jej do głosu w trakcie swojego słowotoku), która zabrała mnie na cudowny koncert fado.

W Porto absolutnie zakochałam się w okafelkowanych kamienicach, niejednokrotnie zniszczonych i lekko zaniedbanych. Chyba po raz pierwszy moje zwiedzanie odbywało się całkowicie bez planu, mimo, że przewodnik i mapę miałam cały czas pod ręką. Włóczyłam się więc ulicami, wzdychając do azulejos i balkonów pełnych powiewającego na wietrze prania. Ze wszystkiego, co zdążyłam zobaczyć w ciągu skromnego jednego dnia, najbardziej zakochana byłam w starej dzielnicy rybackiej  położonej nad brzegiem rzeki Douro, Ribeira, pełnej przepięknym maleńkich kamieniczek, stoche „zakurzonego” uroku i rozdartych mew.

Włócząc się więc i zachwycając czym popadnie, wdychając zapach morza, znajdywałam na każdym kroku kolejne fascynujące i kolorowe azulejos, dziwne graffitii, kobiety patroszące ryby na ulicach miasta i inne niosące kosze z rybami na głowach. Trafiłam też na stację kolejową Estação São Bento, która ozdobiona jest wewnątrz cudnymi azulejos, zajmującymi powierzchnię ponad 500 metrów kwadratowych, ilustrujące historię Portugalii. Zresztą kafelki zdobią w Porto wszystko, kościoły, ściany domów z zewnątrz i w środku.

I choć w Porto spędziłam tylko jeden dzień, omijając wszelkie polecane przez przewodnik kościoły i muzea ( może niesłusznie), miasto strasznie mi się podobało. A przede wszystkim jego staroświecki i zakurzony urok, to że było trochę zaniedbane, ale przez to bardziej kameralne niż inne wielkie miasta w których byłam. No i te azulejos 🙂 I kwitnące już magnolie, wszędobylskie mewy, czerwone jak na Gibraltarze budki telefoniczne, pyszna kawa i zapach świeżego prania ( choć jak się później okazało, wcale nie tak intensywny jak mi się wydawało). Chętnie zostałabym dłużej i zachwycała się dalej, ale… czekała na mnie kolejna destynacja, czyli Lizbona.

Na koniec fado, którym się zachwyciłam na koncercie i cdn… 😉

Reklamy