Tagi

, , , ,

Są rzeczy których przegapić nie mogę. Jedną z nich są wszelkiego rodzaju targi, mercado, rastra i inne „wysypiska śmieci”. Kiedy więc przed wyjazdem jeszcze zostałam poinstruowana, że w Lisbonie w każdy wtorek i każdą sobotę odbywa się pchli targ, wizyta tam stałą się obowiązkowym punktem programu. Zerwałam się więc jak debil o 7 rano, po to, żeby polecieć na mercado. W międzyczasie zgubiłam się  w wąskich ulicach Alfamy co najmniej kilka razy, bo akurat w tej dzielnicy mapa niewiele pomaga. Ale w końcu trafiłam. Feira da Ladra (czy właśnie targ złodziei, jak nazywają go Portugalczycy. Dawniej dokonywano tam szemranych transakcji, teraz jest jednak po prostu pchlim targiem, choć jestem pewna że niektóre  z tych przedmiotów w magiczny sposób zmieniły miejsce lub właściciela 😉 ) to nic innego jak targ staroci, rzeczy używanych, złamanych, połamanych i całkiem nowych. Powiedziano mi, że sterta śmieci. Ale gdzie tam. Z radością zaadoptowałabym połowę skarbów  z tego miejsca. Bo i były płyty winylowe ( w końcu gdzie mogłabym kupić Animals Pink Floyd czy Jesus Christ Superstar za astronomiczną i wytargowaną cenę 1 euro), i miliony książek, i stare aparaty fotograficzne, i kradzione azulejos, i sterty ubrań i szmat… Trafi się też lalka barbie bez głowy, miś bez łapek czy oka, pęknięty słoik, manekin, coś co nie wiadomo do czego miałoby służyć i ręcznie robiona biżuteria. Generalnie wszystko i można tam utknąć na długie godziny ( co uczyniłam z dziką rozkoszą, szlajając się między butikami :> )

Kolejną rzeczą, nad którą wszyscy piali  z zachwytu ( również moja chwilowa lisbońska rodzina) były słynne ciastka z Belém. Że któryś tam cud kulinarny, że są prawie orgazmiczne, zwłaszcza, kiedy podaj je jeszcze ciepłe, świeżutko wyjęte z piekarnika. I że nie wolno  być w Lisbonie i ciastka nie zjeść. Jako że słodycze portugalskie generalnie są interesujące ( a te w Lisbonie o wiele bardziej niż te w Porto) postanowiłam zaryzykować ( w też żeby się nie narażać na wstyd). Kolejka sugerowałaby faktycznie doznania orgazmiczne, więc grzecznie, prawie z wypiekami na twarzy odstałam swoje i … no ok, ale szału bez. Ciastko jak ciasta, dobre, z cynamonem, faktycznie ciepłe , ale nieba w gębie nie zapewnia ( chyba jednak pozostanę wierną fanką hiszpańskiej tortilli i asturiańskiego niebieskiego sera). Swoją drogą tych pasteis de nata dziennie w Belém sprzedaje się ponad 30 tysięcy sztuk, więc sławę mają niezłą (szkoda że nie doceniło jej moje podniebienie).

Samo Belém jest ważne tez z innego powodu – stąd Vasco da Gamma wypłynął w kierunku Indii, w poszukiwaniu dróg handlowych. Sama okolica do najpiękniejszych nie należy (przynajmniej nie takich, którymi ja się zachwycam) – sporo zieleni, parki, szerokie ulice. Zapewne można tu fajnie spędzić dzień, ale ja wolałam jednak moje ulubione kąty Lisbony.

Było jednak coś, co mnie zaskoczyło. Wracając powoli w stronę Bairro Alto, poczułam znajomy zapach. Wącham więc i wącham,  i nie wiem co to jest, a znam i uwielbiam. I w pewnym momencie mnie olśniło. Bo było to zapach kwiatów drzewek pomarańczowych, azahar, którym pachnie Sevilla. I uśmiechnęłam się sama do siebie, bo wiedziałam, że Sevilla i całą Andaluzja już na mnie czeka  i oddychając tym obłędnym zapachem, podreptałam w swoje ulubione strony, wynajdując po drodze jeszcze różne fajne budynki i zaułki.

Na odchodne od mojej rodziny Csowej dostałam butelkę Ginjinha, portugalskiego specyfiku, podobnego do naszej wiśniówki, jako że nie natrafiłam na słynny w Alfamie  bar z tym trunkiem. Przygoda z Lisboną trwałą prawie 3 dni, i z pewnością mogłaby potrwać jeszcze dużo dużo dłużej 🙂 Ale cóż radzić kiedy człowieka ciągnie do ukochanej Andaluzji ? Spakował więc człowiek plecak i ruszył dalej, by stanąć na poboczu drogi i  z wyrachowaniem wyprostować kciuk 🙂

cdn..

Reklamy