Tagi

, , , , ,

Dziś destynacja Sevilla. Ale rano jak zwykle prokrastynacja. Nie umiem wyjść  z hiszpańskiego domu przed 10, mimo że wstaję dużo, dużo wcześniej. Jakimś magicznym sposobem zawsze w ostatniej chwili przypominam sobie o konieczności napisania maila czy pomalowania paznokci :> Ale w końcu udaje mi się wyczłapać. Posługując się narysowaną mapą (po raz kolejny dzięki ci hitchwiki) dotaram najpierw na jedn ulicę wskazaną przez mojego internetowego pomocnika,, potem za namową jakiegoś dziadka zmieniam miejsce na inne, gdzie stoję i stoję ( chyba z 15 min !) W pewnym momencie przechodzi koło mnie grupka ludzi, i facet mówi, że jego znajomy, który właśnie w tej chwili myje auto na stacji benzynowej 100 metrów ode mnie, jedzie za chwilę do Sevilli. Wytrzeszcz radości jak zwykle i biegnę się upewnić. Tak, jedziemy. Facet niesamowity, ma na imię Aurelio ( kojarzysz to imię ?! Aaa, jesteś filologiem :> ) trochę wariat, uwielbiający zmieniać miejsce pobytu, emerytowany nauczyciel wfu i też dawniej uczący hiszpańskiego w Ceucie. Filozof carpe diem, uraczył mnie monologiem, że rutyna zabija człowieka i jest gwoździem do trumny, i nigdy, przenigdy nie wolno się jej poddawać. Nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęły pojawiać saię pierwsze tabliczki głoszące, że dojechałam do mojego ulubionego andaluzyjskiego miasta, tak wciągnęła mnie rozmowa z Aurelio. Jego zresztą też, bo zaprosił mnie na obiad, zgodziłam się więc bez wahania. W końcu perspektywa pysznego jedzenia w Barrio de Santa Cruz, w cudowny słoneczny dzień, pachnący niemiłosiernie azaharem, i kontynuacja ciekawej rozmowy – grzechem jest odmówić. Objadłam się więc, upajając zapachami, a Aurelio i jego hurra optymistyczne podejście do życia prawie skradło mi serce. Fantastyczny człowiek, też dzięki niemu mam pierwsze i przedostatnie zdjęcia ze mną samą z tego tripu 🙂

Potem odwiózł mnie wspaniałomyślnie tam, gdzie pierwotnie miałam się dostać czyli  do kolejnego domu. Tym razem przygarnęłam mnie Ania piszącą bloga o Sevilli,  z którą poznałyśmy się w Oviedo na sidrze, i która notorycznie zapraszała mnie na wino  z pomarańczy ( które nota bene kiedyś zupełnie przez przypadek znalazłam w Oviedo i w którym zakochałam się okrutnie). Smak nie do opisania, orgazm dla kubków smakowych, zwłaszcza kiedy pije się je w  maleńkim barze pod Giraldą w świetnym towarzystwie 🙂

Tak więc znalazłam się w noim ukochanym andaluzyjskim mieście, w Sevilli w której byłam już 2 razy i w której mam nadzieję kiedyś zostanę na dłużej niż tylko kilka dni. Ponieważ znałam częściowo miasto, moje włóczenie się polegało głównie na wzdychaniu do ulubionych miejsc jakimi jest centrum miasta z wspaniałą katedrą.

Barrio de Santa Cruz, słynna dzielnica żydowska, która mimo miliona turystów i sklepów z pamiątkami wciąż ma niesamowity klimat, gdzie po przejściu pomiędzy domkami można napotkać gitarzystę grającego flamenco ( po raz kolejny tego samego), gdzie zapach pomarańczy przyprawia o zawrót głowy, a nocą można tam wędrować całkiem samemu i zgubić się w labiryncie wąskich uliczek.

W Sevilli mam też inne ulubione miejsca, ale o tym następnym razem. Są zbyt piekne, żeby pokazać jes tylko w kilu zdjęciach, tak więc cdn.. 🙂

Reklamy