Tagi

, , , , , , ,

Jak pisałam w wcześniej, Sevilla moim ukochanym miastem jest. I to raczej się nie zmieni. A ponieważ owa wizyta była moją trzecią z kolei w mieście pachnącym kwiatem pomarańczy, nie szukałam nowości, tylko postanowiłam po raz kolejny zachwycić się miejscami które uwielbiam. A w czołówce, zaraz po Barrio de Santa Cruz, o  którym pisałam w pierwszym poście, są Reales Alcazares. Pałac królewski, znajdujący się w centrum miasta. Jego początki sięgają XI wieku, a architektonicznie stanowi nieprawdopodobną mieszankę, od mudejar (którym notabene jestem zafascynowana, zwłaszcza precyzją detali ornamentów) i gotyku, do elementów renesansowych i barokowych. Jednak to mudejar jest najbardziej widoczny ( i najciekawszy, albo ja mam delikatnie mówiąc obsesję na jego punkcie).

Jest to jedno z  tych miejsc, w którym mogę spędzić cały dzień, przechadzając się z patio do patio, błądząc po ogrodach i wypatrując skrzeczących pawi i papug.. Zwłaszcza wiosną, kiedy ogrody pachną nieprawdopodobną mieszanką azaharu i zapachu fioletowych kwiatów, których nazwy nie znam, ale których zapach uwielbiam. W między czasie doszłam do wniosku, że jeśli ktoś zechciałby mi się oświadczyć właśnie w Reales Alcazares w Sevilli, na wiosnę ( bo właśnie wtedy te oszałamiające zapachy są najbardziej narkotyczne), to zgodzę się bez wahania 🙂

O historii Alcazaru pisać nie będę, bo od tego są przewodniki. Za to pokażę zdjęcia, bo mówią same za siebie o wspaniałości miejsca. Najlepiej jednak przekonać się na własnej skórze, że istnieją miejsca, gdzie stada japońskich turystów, którzy aktualnie zamienili swoje ogromne lustrzanki na smartphony ( co mnie bawi jeszcze bardziej) człowieka nie wkurzają 🙂

Drugim  z miejsc, do których moje serduszko w Sevilli bije mocniej, za każdym razem, kiedy tam się znajduję jest Plaza de España. Ogromny plac w kształcie półkola, znajdujący się w ogrodach Marii Luizy, na południe od centrum miasta. Budowle wokół placu zostały zaprojektowane przez architekta Aníbala Gonzáleza i stanowią mieszankę stylów: art deco, neogotyku i neomudejar czerpiącego swoje
wzorce z architektury mauretańskiej.  Budowla tworzy niezwykle dekoracyjną i barwną całość z mnóstwem kolumn i różnorodnych zdobień. Na ścianach budowli zostały zaprezentowane herby i osiągnięcia poszczególnych prowincji Hiszpanii, a wszystko na ręcznie malowanych kaflach – azulejos tak charakterystycznych dla całej Sevilli. Jest to prawdopodobnie najbarwniejsze i najradośniejsze miejsce w całej Sevilli, nawet kiedy pada deszcz a niebo jest szare. W dodatku  z tym miejsce wiąże się zabawne wspomnienie. Kiedy byłam w Sevilli po raz drugi, ale na Plaza de España pierwszy, pamiętam że miałam polecenie z Polski przywieźć jakąś pamiątkę. A że na pamiątki, tę całą tandetę turystyczną jestem uczulona dość srogo, to ręka mi się trzęsła przed wydaniem nawet kilkunastu centów na jakąś pierdołę. Nie mając więc nic, miałam wracać, a miejsce to było ostatnim w planie zwiedzania. Na plaza de España zazwyczaj znajduje się mnóstwo cyganów, sprzedających wachlarze, kastaniety i inne pierdoły. I dlatego też częstym gościem w tym miejscu jest policja czy hiszpańska straż miejska polująca na nielegalnych przedsiębiorców. Zjawili się więc i i tym razem. Przedsiębiorcy z prędkością światła ulotnili się, zgarniając swój dobytek. Jednak zobaczyłam, że w ferworze ucieczki, cyganki zostawiły worek  z „czymś”. Nie byłąbym soba, gdybym nie zaglądnęła do środka – i… stałam się posiadaczką kilku wachlarzy, co prawda nie najpiekniejszej urody, ale na prezent   „pamiątka” idealne 😀

Tym razem Plaza de España prezentu mi nie dała ( choć fakt, że akurat przez te dwie godziny, kiedy robiłam zdjęcia nie padało też można uznać za prezent), ale zachwyt był taki sam jak zwykle. A później to już trzeba było myśleć o szykowaniu się w drogę, bo czekała kolejna destynacje, czyli Cordoba 😉

Reklamy