Tagi

, , , , , , ,

Z Sevilli do kolejnego miejsca, czyli Córdoby miałam jechać w niedzielę. Ania z Manolo, zawieźli mnie rano na stację benzynową koło lotniska, żeby pomóc mi wydostać się z przeogromnego miasta. Jako że w niedzielę stop łapie się zazwyczaj do dupy, bo samochody są wypełnione po brzegi rodzinami i jakoś nie wierzę w niedzielne szczęście, bez żenady podbiegłam do pierwszej zobaczonej ciężarówki, i ze standardowym uśmiechem numer pięć zapytałam dziadka gdzie jedzie. „Arriba”. A przez Córdobę? „Sí”. Zatem w niespełna 2 minuty zorganizowałam sobie transport prościutko do Córdoby,  z zabawnym dziadkiem, który całą drogę słuchał i śpiewał piosenki Boba Marleya, Caba Callowaya i Beatlesów. Wysadził mnie przed miastem, ja w hipisowskiej kiecy w kwiatki, z plecakiem, który w jakiś magiczny sposób z każdym dniem robił się cięższy, przelazłam przez barierki na autostradzie i radośnie polazałam do pierwszego napotkanego baru, z nadzieją na szklankę piwa i spotkanie kogoś, kto mi wytłumaczy, jak mam dotrzeć do domu. Jak zwykle trafiłam w miejsce wypełnione samymi chłopami, śpiewającymi pogłupiaste piosenki, ale pomogli, wytłumaczyli, piwo postawili. Dojechałam więc do domu Faustino, mojego kolejnego hosta. Zabawne było, że wyvcieczk aautobusem po mieście trwała prawie tyle samo, co podróż z Sevilli do Córdoby, ale… mniejsza z tym 🙂 Facet zabawny,  z całej jego paplaniny zrozumiałam, że żołnież, buddysta, trochę taki chłopek roztropek, jak Forrest, ale mniejsza z tym, ważne, że kątdo spania był. Faustino postanowił pokazaać mi miasto ( ku mojemu rozczarowaniu, bo naprawdę wolę wszystko zobaczyć sama po raz pierwszy), ale… Poszliśmy do centrum i zjawił się jego kolega Cesar. Dawno takich elementów nie widziałam – rwali chłopcy ( o usiłowali, słowo bardziej adekwatne) każdą laskę w okolicy, od Hiszpanek, po Chinki i Japonki do biednych erazmuowych dziewcząt. Lazłam więc za/przed nimi usiłując robić zdjęcia i wypatrzeć coś fajnego. W pewnym momencie usłyszałam za plecami – ¿Eres profesional?. Odwracam się więc chcąc odpowiedzieć Intento que ser i moim oczom ukazał się malowniczy obrazek pięćdziesięcioletniego hipisa, w zabawnych indyjskich ciuchach. Okazało się, że hipis, Ammar miał na imię, jest fotografem z Nikonem D3, mieszka w Granadzie. Zabawne, powiedziałam, w Granadzie będę za jakieś dwa dni, więc na pewno musimy się spotkać. Gadałam  z Ammarem dłuższą chwilę, i wydał się osobą fascynującą, z iście hipisowskimi teoriami na temat świata i  ludzi, ale okrutnie sympatyczny człowiek. No i dzięki niemu minęła mi jakaś godzina, kiedy nie musiałam szukać wzrokiem Faustino i jego kolego Casanovy 😉 Potem szlajałam się z nimi jeszcze trochę, ale na szczęście dzień nie był najszczęśliwszy pod względem łowów i się zakończył około 23 dla Don Juanów, więc i dla mnie. Kolejny był już o wiele ciekawszy, bo mogłam szlajać się sama. Postanowiłam zaoszczędzić całe 12 euro i pójść do mezquity, która jest prawie symbolem Córdoby, o 8 rano, kiedy wstęp jest za friko. I okazało się to jednym  z najlepszych pomysłów jakie miałam, bo nie było w mezquicie prawie nikogo. Cudownie. Piękne miejsce, robiące wrażenie. Także głupoty katolików, którzy postanowili zmienić meczet, a raczej jej centrum w kościół. I mimo, że gotyk jest jednym z moich ulubionych stylów w architekturze, tutaj za cholerę nie pasował. Ale cóż… Cesarz Karol V powiedział o niej

„zniszczyliście coś, co było jedyne w swoim rodzaju i postawiliście coś, co można zobaczyć wszędzie”.
Po wizycie w mezquicie planem była kontynuacja szlajania się po centrum, ale ponieważ o 10 rano było jeszcze zimno jak diabli, a całe miasto śpi, proces rozpoczęłam od znalezienia taniego śniadania 😉 Potem szlajałam siępo juderii, która jest chyba jedną z najładniejszych jakie widziałąm w Andaluzji, z cudownie wąstkimi uluczkami, a ponieważ jak wspomniałąm, rano całe miasto śpi, nie było tam prawie nikogo. Szkoda tylko, że w poniedziałki niektóre miesca jak na przykład synagoga są zamknięte, więc nie miałąm możliwości ich zobaczyć (jako że na zwiedzanie Córdoby miałam tylko jeden jedyny dzień). Ale i tak… juderia cudowna. 
Mam jakąś magiczną zdolność do przyciągania do siebie wszelkich hipisopobodnych ludzi. Przechodząc przez most w Córdobie, wpierniczając pomarańczę, zaczął ze mną rozmawiać facet, który, jak mi się dobrze zdawało, poprzedniego dnia robił mi zdjęcia. Swoją drogą też zabawne, że przyciągam hipisów fotografów, ale… znaczyło to, że w końcu będę mieć jakieś zdjęcia z samą sobą, po ponad 2 tygodniach podróży. Lubię poznawać świat sama, zawsze za rogiem czai się ktośczy coś interesującego 😉 
Córdoba, oprócz mezquity i salmorejo, słynie z przeładnych i przeciekawych patio, których najwięcej znajduje się po drugiej stronie rzeki w dzielnicy Miraflores, gdzie co roku organizowany jest konkurs na najładniejsze i najbardziej wystrojone patio ( i ponoć są naprawdę wystrojone). Ale oprócz tych patio, uliczki w Cóordobie przystrojone są milionami doniczek z pelargoniami, a kulminację tego stanowi ulica Calle de las flores. 
Córdoba mi się podobała bardzo, jednak mimo wszystko czuję niedosyt, że nie widziałam ani synagogi, ani Alcazaru (vivat poniedziałki i zamknięte muzea). Ale, jak każdy viajero, czułam przymus ruszenia w drogę, a kolejnym przystankiem była Granada,  o której nasłuchałam się już tyle, że wydawała mi się prawie cudem Andaluzji, i miałam naprawdę dziką ochotę przekonać się o tym na własnej skórze 😉