Tagi

, , , , , , , ,

Z domu Faustino musiałam wyleźć przed 7. Myślałam, że szlag mnie trafi ( bo wcześniej nikt nie miał problemu, żebym została chwilę dłużej i zamknęła zatrzaskowe drzwi za sobą). I w zimną jeszcze noc szwędałam się ulicami, bo jak tu łapać stop prawie po omacku. Do 9 mniej więcej. Potem doczłapałam z trudem do wyjazdu Z Córdoby ( z  trudem, bo miałam wrażenie, że ten pieprzony plecak naprawdę z każdym dniem stawał się coraz cięższy, mimo, że to co przybywa i tak ląduje w szmacianej torebce). Najpierw zgarnął mnie tir z gadającym tylko po włosku facetem z Serbii, potem przemiły dziadek z zadupia wspaniałomyślnie podwiózł mnie jakieś 50 km ( mimo, że nie jechał w żadnym kierunku). Ok, stwierdził, guapa, pomogę ci. Zrobił przystanek na kawę, dał parę szlugów i zostawił. Po minucie zatrzymał się kolejny tir,  z najbardziej rock’n’rollowym kolesiem,  z jakim jechałam. Miał w kabinie gitarę i zrobił mi koncert – od Angie po hiszpańsku, punkowe hiszpański hity, Chan chan, do Los Delinquentes. Myślę, że Cruzcampo w tirze z gwinta i koncert made my day.

Potem zostawił, i zatrzymał się kolejny koleś z tirem. Powiedział, że widział mnie na wylocie z Córdoby, i mimo, że jechał do Granady, to nie chciał wlec po jakichś wioskach, które zaliczał po drodze, więc się wtedy nie zatrzymał. Ale że teraz już bezpośrednio do Granady, to zgarnął. Śmieszny, trzydziestoparoletni facet i tym samym ostatni stop w ciągu tripu. Bo dojechałam na ostatni przystanek ( no prawie) swojej wycieczki. Przejechane ponad 2 tysiące kilometrów, nie wiem ile samochodów, miliony historii do opowiadania. Ale jest Granada. Z przedmieść a tope, człapię do centrum w poszukiwaniu informacji, i miejsca na jakieś prowizoryczny śniadanio-obiad. Oczywiście do mojej ławki dosiadł się jakiś gadatliwy dziadek ( jakże mogłoby być inaczej), powiedział co miał powiedzieć i poszedł w swoją stronę, a ja kontynuowałam szukanie jakiegoś centrum. Nie minęła chwila, a zaczepił mnie kolejny dziadek, żeby mu pomóc z zadaniem z angielskiego 😀 Pomogłam, dziadek zabrał na kawę, poopowiadał o tym, że maluje, że lubi whisky i pokera, i że żona go goni za słuchanie w domu czytanek po angielsku, a przecież musi się uczyć. Dolazłam  w końcu do centrum, zorientowałam się gdzie jest Jezusowa ulica ( bo tak miał na imię kolejny host), i siadłam na schodach, padnięta już, czytając darowaną mi przez Faustino Dezyderatę Hessego. Kiedy już miała się zwijać, z tym cholernym domem na plecach, usłyszałam, że drą się do mnie dwaj cyganie, zawodzący flamenco na ławce obok. Dosiadłam się do nich, usiłowali nauczyć mnie palmas (chyba nawet ciut się udało), i obiecałam że przyjdę jutro. Ciekawa jest ta zdolność do przyciągania interesujących elementów. Do domu dotarłam w końcu, zrobioną mi kolację zjadła i padłam na pysk.

Kolejny dzień był bez planu. Połaziłam po centrum usiłując się zachwycić, ale jakoś nie byłam w stanie. Choć nie, wróć. Podobały mi się sklepiki z pamiątkami. Nie, żebym obkupiła się jak dziki bąk, co to to nie. Ale Cudowne były te wszelkie kolory, sterty herbat ( choć ja moje kupiłam w zwykłej herbaciarni, i śmiem twierdzić, że są lepsze niż te pamiątkarskie).

 Dotarłam na Albaicín, który już podobał mi się o wiele bardziej. Stara dzielnica arabska, zamieszkiwana niegdyś przez muzułmanów. Miliony uliczek, maleńkich, pnących się nieustannie w górę, w gąszczu których nie da się nie zgubić. Białe domki, trochę podniszczone, wysokie. Piękne. A naj jest Mirador San Nicolas,   z którego można bezmyślnie podziwiać Alhambrę. Można też tak spotkać cyganów, grających flamenco. Ci też próbowali mnie nauczyć palmas, i trochę lekcji więcej a całkiem by mi wyszło 😉 W każdym razie, patrzeć na Alhambrę wieczorem, kiedy słońce powoli zachodzi i słuchać flamenco – można umrzeć szczęśliwym.

Zachwyciło mnie też Sacromonte, zamieszkiwane kiedyś, i pewnie teraz też przez cyganów, znajdujące się zaraz obok Albaicín. Co w Sacromonte jest ciekawe, wszelkie znajdujące tu domki, to cuevas, czyli jaskinie. Ich pochodzenie nie jest do końca jasne, przypuszcza się że konstruowano je począwszy od XVI wieku, kiedy ludność muzułmańska i żydowska była wyrzucana ze swoich dotychczasowych mieszkań. Ci przyłączyli się do mieszkających tam cyganów nomadów. Cuevas zatem służyły ludziom z marginesu, pozostając poza miastem, co oznaczało też brak kontroli administracyjnej i kościelnej na tym terenie. Aktualnie w tych cuevas mieszka mnóstwo ludzi z bohemy Albaicín – artystów, hipisów, trochę cyganów, trochę zwykłych ludzi. Domki są czasami strasznie ładne w środku i super przystosowane, czasem są na tyle prymitywne, że nie mają ani prądu ani bieżącej wody. Tyle rodzai ile właścicieli, a raczej zamieszkujących, bo oficjalnie cuevas właścicieli nie mają. co zabawne.. kilka dni później w takiej właśnie cueva mieszkałam przez kilka dni.. Ale to już historia na inny set 😉

Reklamy