Tagi

, ,

Yo estoy cansá de este color 
Que tanto gris me quita la alegría 
Yo quiero las paredes blancas 
De las casitas de Andalucía 

Półtora miesiąca w Polsce, od powrotu z Hiszpanii trwało prawie jak rok. Nie żeby narzekać, że nic się nie dzieje, wręcz przeciwnie, ale jednak. Powoli, bo powoli zaczynało się robić chłodniej, zaczyna padać deszcz, a człowiekowi zaczyna być tęskno. Za słońcem, za ciepłem, za szumem i zapachem morza. Patrzy ów człowiek tępo w okno, na kałuże i na ludzi z parasolami. I nagle, olśnienie – przecież można ruszyć tyłek. Kiedy się mieszkało w Hiszpanii taka myśl była naturalna i natychmiast realizowana, więc czemu tu ma być inaczej? Początkowy plan zakładał byczenie się w Rumunii nad Morzem Czarnym, ale szybko został zastąpiony przez myśl Skoro już jechać, to czemu nie do ukochanej Andaluzji ?! W końcu to „tylko” kawałek dalej. Zorganizowanie wycieczki trwało więc tyle, co pożyczenie kilku potrzebnych rzeczy ( tak tak, prawdziwa viajera nie posiada swojego śpiwora ani plecaka :> ), napisanie kilku widomości i nic… w drogę 🙂

Wycieczka do pierwszego miejsca docelowego, czyli Jaén trwała od środy do sobotniego świtu. Do Drezna poszło ładnie, bo natrafił mi się busik z radosmymi chłopcami wracającymi po chwili wolnego do pracy w Niemczech. Chłopcy pogadali, poopowiadali jakieś zabawne historie, podzielili się czym mieli najlepszego i odjechali w swoją stronę, i tak nadrabiając jakieś 70 km, żeby mi było łatwiej jechać dalej. Później nastąpił, przez całe Niemcy i całą noc już maraton tirowy. Ani miejsc, ani narodowości spamiętać nie idzie, podobnie jak ilości samochodów które mnie podrzucały. Był i Turek, z którym gadałam na migi, i jakiś Chorwat, i Niemcy,  Polacy, którzy mając nadzieję na jakąś radosną pogawędkę rozczarowali się boleśnie – nic nie poradzę, że siedzenie tirowe kołysze mnie do snu lepiej niż cokolwiek innego. Dobrze, że ponoć nie chrapałam ( a może po prostu byłi uprzejmi i nic nie powiedzieli 😉 ) Rano już za granicą z Francją – już cieplej, już słońce świeci, już czuć, że niedaleko do mojej tierra querida) Ale też ciekawie, bo i jakiś Turek gadający tylko po francusku, i przemiły Francuz, z którym dojechałam do Marsylii, opowiadający o południu tak, że nawet przez chwilę miałąm ochotę zostać. Dla tego wina, dla serów i dla oliwek 😉 Pamiętam też świetnie Serba, który mieszkał na stałe w Hiszpanii. Gadaliśmy po polsko hiszpańsku, to znaczy ja gadałam, bo on się darł. Jak opętany. I w życiu nie zapomnę Magduszka, dumaj, dumaj jak kazał mi się zastanowić, gdzie chcę wysiąść. Przekomiczny był, ale też przesympatyczny.

Jakoś koło 2 w nocy w piątek już, znalazłam się na ostatnej stacji benzynowej czyli ce pe enie, jak zwą je Polacy, przed Barceloną. Parking moich taksówek śpi, jedyne co się zatrzymywało to wyładowane po dach i bardziej furgonetki Marokańczyków, jadących w stronę Ceuty, którzy mimo, że chętni zawieźć ( i pewnie też się ożenić) ale zmiecić ani mnie a ni plecaka nie zdołali. Nic to, rozglądam się łowczym wzrokiem, i zobaczyłam tir na polskich rejstracjach. Uśmiech numer 5 i sru. Tak poznałam pana Jurka. Panu Jurkowi ciężarówka się spierniczyła, więc zmuszony był kwitnć na owym wspaniałym parkingu, aż raczy się zjawić jakiś mechanik. Z panem Jurkiem wieczór minął szybko, bo i przy winie, a potem przy krupniku, który w ostatniej chwili wrzuciłam do plecaka na prezent, przy rozmowach o życiu, śmierci, importowaniu ziemniaków i czosnku. Od samego świtu spacerowałam pomiędzy pakrującymi samochodami, bezskutecznie próbując znaleźć kogoś jadącego w stronę Walencji czy Murcji. Jakiś pechowy piątek się zapowiadał. Ale nie dla pana Jurka – bo przez przypadek zuważyłam inną zepsutą ciężarówkę. Więc po kilka pertraktacjach i rozmowach ( pan Jurek ani słowa po szpaniolsku nie był w stanie wydukać, więc na mnie spadł obowiązek wytłumaczenia mechanikowi, że coś tam z chłodnicą się spierdzieliło), ale.. po jakimś czasie, wszyscy byli szczęśliwi – ja, bo znalazłam ofiarę, która miała mmnie zawieźć do Walencji, mechanik bo popracował no i pan Jurek, podwójnie, bo nie dość, że auto sprawne, to jeszcze od rana zdążył się ufikać radośnie w towarzystwie San Miguela 😀 A na odchodne dostałam jeszcze 40 euro, nie ma to tamto.

Całą drogę w stronę Walencji spalam jak aniołek ( naprawdę te wyra w tirach są wygodne) i obudziłam się już na samym końcu. Przekochany chłopak, dwudziestokilku letni Rumun, którego imienia nie pamiętam ( jak prawie nikogo), złośliwy jak diabli. Chcieliśmy zrobić tortillę na kuchence gazowej, ale że nie było nic, za pomocą czego możnaby ją przewrócić na drugą stronę, chłop wsadził łyżkę w patelnię i zaberdał, robiąc jajecznicę :> Na szczęście zostało to udokumentowane ( w sumie jedyne zdjęcia jakie mam z „drogi” w dodatku jakości wątpliwej, bo leń jestem i mi się aparatu wyciągać nie chciało ). Chłop stwierdził, że rano jedzie do Almerii, tam przesiedzi dzień, bycząc się w słońcu, a potem rusza do Sevilli. Na prawdę miałam ochotę rzucić plan Jaenowy w diabły i jechać na plażę, bo w końcu po to też tyłek z domu ruszałam, ale.. znalazł się ktoś, kto jechał już w stronę Jaén, ja się pożegnałam i pojechałam, jak śpiąca królewna dalej 😉

Taka ciut przypalona wyjszła 🙂

Jak śpiąca królewna, bo kolejne nie mam pojęcia ile kilometrów też spałam 🙂 Noc już była, nie było co wyglądać przez okno na widoki, a jak senna to co miałam zrobić, głupio tak ziewać całą drogę. W rezultacie, w okolicy trzeciej w nocy znalazłam się w miejscu przedziwnym, w którym spędziłam kilka godzin, oczekując na świt. Była to knajpa, koło stacji benzynowej. Ale nie taka zwykła. To że była wypełniona po brzegi Marokańczykami, w środku grała ta ich radosna pitu pitu muzyczka, jakoś mnie nie zdziwiło. Może byłam zbyt padnięta, żeby doznać szoku. Ale wypełniona to mało powiedziane – nie było tam nikogo innego oprócz Marokańczyków. Mam wrażenie, że znalazłam się w jakimś przedziwnym małym Marakeszu, punkcie, w którym zatrzymują się wszystkie te wypełnione badziewiem samochody jadące w dół do Ceuty. I wcale nie przesadzam, w niektórych to tylko kozy przywiązanej do zderzaka i kury wysiadującej jajka na desce rozdzielczej brakowało. Ja guiri z plecakiem, to nawet za bardzo aparatu wyciągać nie chciałam. Ale.. herbatę dostałam, ktoś tam pogadał ze mną, ktoś inny podarował paczkę fajek marki Fortuna – najgorszy syf jaki w moim krótki 25-letnim życiu miałam okazję palić, więc jeśli ktoś w Maroku chce kupić papierosy, z całego serca odradzam Fortunę 🙂 Do śwtu jakoś zleciało, posłuchałam tych ich modłów o 6 rano. Zwinęłam się … małą furgonetką z kurami xD Naprawdę ciężko jest rozmawiać, wstrzymując oddech przez jakieś 20 min. Ale, to już prawie finisz był. Później podrzuciło mnie jeszcze dwóch porannych kierowców, i tym sposobem, w sobotę, o jakiejś 9 rano, po przejechaniu jakichś 3 tysięcy kilometrów, znalazłam się w Jaén, zmęczona jak diabli, mając ochotę paść na pysk, ale gdzie tam… Ale o tym już innym razem 🙂

tak wyglądała mniej więcej droga. Mniej więcej, bo część bezczelnie przespałam, i nie wiem nawet przez jakie miejscowości dokładnie jechałam 😉

Reklamy