Tagi

Stan zasiedzenia jest czymś bardzo wygodnym. Chodzi się do pracy, chodzi się do szkoły, resztę życia przeznaczając na sen i dumając, że tak jest dobrze, produktywnie i potrzebnie. Jednak,  z czasem nachodzi człowieka taka patologiczna tęsknota za przewietrzeniem umysłu. Za przewijającym się w oddali krajobrazem, zwykle przewijającym się z prędkością 90km/h, czasami szybciej, czasami wolniej, za rozmowami z ludźmi, za nowym, za dalekim, i za nieznanym. Trochę żeby uciec może, trochę żeby odpocząć. Jednak, będąc zasiedziałym się nie chce. Ale jeśli ma się fart, znajdą się ludzie, którzy kopną w dupę, żeby ruszyć tyłek i powiedzą „Stara, weź spierdzielaj, bo jest Ci to zajebiście potrzebne”. Wiesz, że mają rację. I już nie ma odwrotu. Tym osobom dziękuję, bo właściwie tylko dlatego zdecydowałam się po raz kolejny spakować plecak.

Pomysł powstał spontanicznie. Ot, chęć odwiedzenia paru osób,  i zobaczenia Paryża, w którym do tej pory nie byłam. Zwlekając i prokrastynując, ale.. w końcu udało się ogarnąć i wyjść z domu. Trzy aparaty, kilka klisz, plan wrócenia w przeciągu jakichś dwóch tygodni i dwie zdecydowane destynacje: Sevilla i Paris, i jestem na wyjeździe z Krakowa. Jeszcze tak trochę niechętnie, bo w końcu stanie na poboczu, w skwarze, wleczenie się tirami jest męczące – myśli sobie człowiek, który się zasiedział. Ale skoro już się zdecydowałam, to nie ma zmiłuj. Z zeszytem, i wykaligrafowanym artystycznie napisem Katowice zaczynam się rytualnie oglądać za samochodami przy stacji benzynowej. Ekspresowo w sumie, choć w tym upale wcale czas nie mijał tak szybko, zgarnia mnie pierwsza ciężarówka. Gadam z facetem, pan o zapomnianym przeze mnie imieniu (wstyd mi za to czasem), opowiada jak kiedyś zabrał dwie dziewczyny wracające z Uzbekistanu, których rodzice w ramach podziękowania kupili flachę. Chciałam mu zrobić zdjęcie, ale.. Jeszcze wciąż nie umiałam się przełamać, przerwać potoku słów dźwiękiem aparatu. Nic to, wysiadam w Katowicach, początkowa niechęć już dawno się ulotniła, już z wypiekami na twarzy i adrenaliną, bo wystarczy przejechać 10 kilometrów żeby zaczęło się chcieć naprawdę.

Jeszcze dobrze nie wysiadłam, jeszcze nie zdążyłam odpalić papierosa, a tu dalej. Do Wrocka. Nie pamiętam znów jak miał na imię kierowca, który absolutnie bezkrytycznie uwielbiał Pamiętniki z wakacji. Gadałam o dzieciach, jedzeniu, odpoczywaniu, motorach. Ilekroć wsiadam do ciężarówki czuję się jak u siebie. Wiem, co mogę, wiem, co jak działa i wiem, że Ci wszyscy kierowcy cieszą się, kiedy sobie przeklnę pod nosem, bo nie muszę się silić na bycie nadmiernie grzecznymi.

Spod Wrocławia jadę do Bolesławca. Też z zabawnym elementem.

 – Ty zdjęcia, a ja kiedyś rzeźbiłem. Kuźwa, też chciałem do Ameryki Południowej pojechać…

Też mu zdjęcia nie zrobiłam, ale powoli, powoli, przekładam aparat z plecaka do torebki. Potem plączę się po stacji benzynowej. Już coraz bliżej niemieckiej granicy. Już prawie Zgorzelec Tutaj zgarnia mnie team Łukasz i Krzysiek, jadący dwoma samochodami. Najpierw jechałam z tym pierwszym, który okazał się chyba nawet bardziej złośliwym niż ja. Jak to zwykle bywa, po jakimś czasie zebrało mi się na spanie i nawet nie zauważyłam, kiedy przekimałam na krześle jakieś 2 godziny. To kolejna z absolutnie bezcennych umiejętności – usiąść na krześle w ciężarówce, zasnąć i mało tego – całkiem nieźle się wyspać (: Potem przesiadłam się już do Krzysia, który jechał jeszcze dalej do północy. Gadamy, spożytkowałam zupę chmielową, i tak jakoś zleciało. A że nie znalazł się nikt, kto by jechał dalej, zainstalowałam się do spania.

I dalej, do przodu z samego rana. Kolejnym kierowcą był facet jadący do Szwajcarii, pracować z końmi. Z tego, co zrozumiałam, miał je myć, wyprowadzać na pastwiska i przyprowadzać z powrotem. Nie brzmiało turbo fascynująco, ale.. Jego sprawa. Jadę więc, słuchając tekno tekno, a za oknem zaczyna padać deszcz. Niemiłosiernie, ściana deszczu niemalże, widoczność na jakieś 2 metry. Znowu usnęłam, i przespałam chyba połowę drogi. Da się i przy tekno 😀

Obudziłam się przed samą kontrolą graniczną. Myślałam, że skończy się na samym pokazaniu dokumentów, ale gdzie tam. Straż skrupulatnie badała moje manele, zaglądając najpierw do torebki, potem do plecaka, a kiedy zaczęli macać aparaty, zabierając się do otwierania flexaretu z minami wyraźnie zainteresowanymi tym, co jest w środku, warknęłam, żeby nie otwierali, bo mi kliszę spieprzą. Pomedytowali chwilę nad innymi badziejstwami, które tam wynaleźli, ale ok. Z namaszczeniem mi wszystko oddali. Można iść. Szwajcarska kontrola graniczna zaliczona. Koleś jadący do pracy z konikami zostawił mnie na stacji przy zjeździe na Francję, pożyczył szczęścia i odjechał w swoją stronę. Namalowałam więc kartkę z Francją i zaczęłam plątać się dookoła. Mija 15 minut, mija pół godziny, zaczyna znów padać. Nic i nic. Łażę w te i wewte, coraz głośniej klnąc pod nosem, na deszcz, na Szwajcarów, którzy nie chcą człowiekowi pomóc, na mokre, splątane kudły, i że chcę już do Paris, i że jestem w beznadziejnym miejscu.

A co było dalej, to razem następnym.

Reklamy