Tagi

,

Po takim długotrwałym plątaniu się, siedzeniu na dupie pod słupem (bo jak tu łazić po deszczu, jak się nie ma zestawu pielgrzyma, i nic wodoodpornego, prawdziwa viajera w końcu), zatrzymała się koło mnie kobitka. Powiedziała, że jedzie do Strasburga, i stamtąd już o wiele łatwiej mi będzie śmignąć sobie do Pariś. Rozmawiamy. Cudowna kobieta, miała na imię Alice, miała męża wojskowego, i mieszkała w chyba w 1/3 krajów świata, od głębokiej Afryk, przez Iran, Izrael, do Japonii. Szczęśliwa optymistka, trochę szalona, ale przeurocza. Mówiła, że mieszka w Szwajcarii, pracuje w Strasburgu właśnie, ale.. jej wszędzie dobrze. I dawniej sama się szlajała po świecie, choć nie stopem, ale rozumie (: Na koniec mi zapisała swój adres w Strasburgu „wiesz, jakbyś gdzieś utknęła, albo albo nie miała się gdzie podziać, to ja będę w domu po 19, zadzwoń, przyjdź, prześpisz się, odpoczniesz i rano pojedziesz dalej.” I czy ds. alej można utrzymywać, że ludzie z natury są źle ? Kobitka znała mnie jakieś 40 minut, i zaprasza mnie do domu (:

Podziękowałam, kartkę wcisnęłam do kieszeni, a z racji, że wysadziła mnie na stacji przed wjazdem do miasta spory kawałek ( mówiła, że jedzie przez jakieś wsie jeszcze, -„nie chcę, żebyś utknęła na zadupiu”, napisałam Strasburg/Paris na kartce i śmigam na wyjazd.

img046

Stamtąd zgarnął mnie Włoch, niejaki Antonio, bardzo oryginalne imię skądinąd, już ciężarówką. Gadamy chwilę, mówię mu, po włosko-angielsko-hiszpańsku (uwielbiam porozumiewać się miksem językowym), że chcę tylko kawałek, jakieś 70km, czyli wypada około godzina jazdy, a Włoch „si s si, my photo friend”. Gadamy, gadamy

– „Jak skończę pracę, to pieprzę. Rzucę wszystko i pojadę motorem w podróż dookoła świata”.DSC_0002

Z chcenia bycia podrzuconą kawałek, wyszło jakieś 200km, bo usnęłam :] jak zwykle zresztą, już Alice się ze mnie śmiała, że jadę naokoło, nie używam mapy i nie patrzę, jak by najkrócej. Wysadził mnie Włoch na parkingu, zaprowadził na rondo skąd teoretycznie miałam wydostać się na francuskie A-4. Teoretycznie, bo jak się okazało, wcale to takie proste nie było. Już powoli zbliżała się 19, zaczynało się zbierać jakby na deszcze. Lezę, więc wzdłuż ulicy, mijam składy budowlane, mijam krzry, kolejne wielkie sklepy, po paru kilometrach chyba wyszłam na coś co mi wyglądało na zjazd na autostradę. Wyjmuję więc magiczny drogowskaz, oznajmiający światu, rozpaczliwie niemalże A-4, i macham nim, wpatrując się wDSC_0382 mijające mnie samochody wzrokiem kota ze Shreka. Do Paris zostało mi 370 km, wiedziałam, że jestem w dupie, i powoli zaczynałam obczajać krzaki pod Ikeą, gdzie myślałam, że trza się będzie sklabować na noc. I tak przesuwam się coraz bardziej na środek ulicy, centymetr po centymetrze. Podjeżdża policjant na motorze. „No to zajebiście Ale, mam fart, może mnie na s – się stację podrzuci xD „ – przewija mi się w myślach.

Parlez-vous français? – się pyta patrząc na mnie pytającym wzrokiem.

 – Nie. – Odpowiadam dobitnie, bo olśniło mnie, że przecież stopa na autostradzie łapać nie wolno. Ale policjant przestawia się na angielski. Cwaniak.

 – Wiesz, że masz beznadziejną miejscówkę i do dupy dojedziesz, a nie do Paryża?

 – Wiem… – kurna, no zauważyłam.

 – Przesuń się tam – mówi, wskazując na znak ograniczenia prędkości. – I powodzenia, przyda Ci się. – puszcza oko, i odjeżdża, zostawiając mnie jeszcze bardziej boleśnie uświadomioną, że kima w krzakach jest nieuchronna, chyba, że jakimś magicznym zrządzeniem losu wrócę do Strasburga, do Alice, gdzie czekało na mnie ciepłe łóżeczko.

img044

I pogrążona w potoku myśli, kątem oka zauważyłam, że coś się jednak zatrzymało. Mały, biały samochód, spory kawałek ode mnie, ale jednak. Podchodzę, jakoś bez entuzjazmu. Zaczynam gadać, próbuję – pytam czy mówi po angielsku. Facet kiwa przecząco głową i do mnie po francusku. Ja, że nic nie rozumiem, i odpowiadam po hiszpańsku. Znów przeczące kiwanie głową i odpowiedź po niemiecku. Kuźwa…. Z niemieckiego to ja pamiętam cztery słowa. Dukam po grecku, może coś… Nie. I tak se gadaliśmy, nie rozumiejąc się nawzajem, na poboczu autostrady. Ale.. Pojedynczymi słówkami, we wszystkich możliwych znanych nam językach zostało ustalone, że jest późno, że nie ma opcji, żebym sobie z tego zadupia dziś do Paris dojechała, i że zaprasza mnie do domu. Ja patrzę na Malika ( bo jak się potem okazało tak miał na imię), dziwnie wyglądający, złoty sygnet na palcu, jakiś złoty łańcuch, tlyko mi brakowało jeszcze złotego zęba, i obrazek prawie cygański… Milion myśli, ale w ostatecznej konfrontacji, krzaki pod ikeą – jakaś chata, wygrało to drugie. Wsiadam, po praz pierwszy w życiu, zadając sobie we łbie pytanie „Kurwa, w co Ty się Rude pakujesz?!”, no ale … zamykam drzwi, i jadę. Jedziemy do img049sklepu po Desperado i mrożoną pizzę. Mimo totalnego braku porozumienia, udało mi się chłopu wytłumaczyć, że jestem wegetarianką 😀

Przez całą drogę starał mi się wytłumaczyć, że jechanie stopem do Paris to poroniony pomysł, i generalnie, że nie jestem normalna jadąc w ten sposób. Wyklarował się sposób porozumiewania – półsłówkami po niemiecku, angielsku, francusku jakoś szło skonstruować wypowiedź, co prawda nie turbo zaawansowaną, ale się dało. Zajechaliśmy do Malikowego domu ja jeszcze trochę  z obawami, ale skoro powiedziało się A i tak dalej. Wchodzę do małego mieszkania, quasi designersko urządzonego (Malik potem pokazuje mi lampę, którą ma zamiar przywiesić i pyta Gut ?, patrząc na mnie oczyma oczekującymi aprobaty). Siadłam więc w kuchni, piłam sobie Desperado, paliłam fajki, Malik swoje skręty, bo jak twierdził woli hasz niż tytoń i tak sobie gadaliśmy, używając słownika angielsko-francuskiego, liczb, rąk i mimiki. Okazało się, że jego matka jest Francuzką, ojciec jest albo z Niemiec albo z Holandii, nie pamiętam już dokładnie. Malik pracował ileś czasu na platformach wiertniczych w Afryce. Śmieszny człowiek, ale okropnie życzliwy. Nie wiem, skąd mi się ukichało to pierwsze wrażenie.

Przespałam się w salonie na kanapie, i rano, po wypiciu morza kofeiny, mówię „Today, Paris.” Ten popatrzył na mnie jak na świra, jak za każdym razem, kiedy słyszał ode mnie ten przeklęty Paris, Paris. Wziął kluczyki od samochodu, mówi „Idziemy”, i podrzucił mnie na stację benzynową już na A-4. Zapisał swój adres, jakbym miała ochotę wracać przez Metz i go odwiedzić, powiedział powodzenia i do zobaczenia i odjechał. A ja, ufikana jak diabli, bo w końcu, co to jest 300km do Paris, radośnie zaczęłam kierować się w stronę wyjazdu na autostradę. Na mini rondku, gdzie były dwa kierunki: Paris i Luxemburg widzę znajomego po fachu – dziadek, około 60 paro letni z kartonem Luxemburg. Mówi do mnie po francusku, ja odpowiadam po angielsku, i pytam skąd jest.

– Czechy. – No to od razu po polsku zaczynam.

 – Po co do tego Luxemburga jedziesz?

 – A tak, nie byłem tam jeszcze. A Ty gdzie ?

– Paris.

– Aaa, Paris. Byłem tam wczera. 😀

Zapaliłam sobie z dziadkiem, pouśmiechałam się, i stanęłam po mojej stronie. Po chyba 10 minutach zatrzymał się pan jadący do Disneylandu. Jasne że Cię wezmę, wsiadaj. Pogadaliśmy chwilę, poopowiadał o swoich córkach, o tym, jak to był na koncercie Coldplay i mu się mega podobało, a ja pogrążyłam się potem w uzupełnianiu notatek, bo w końcu pamięć pamięcią, ale szczegóły umykają. Ale świadomość, że jadę tam, gdzie chcę, w końcu – zajebiste uczucie. Zatrzymał się na stacji, jakieś 20 km przed Paris. „Stąd to dostaniesz się szybciej niż autobusem.”, mówi i każe mi obiecać, że odwiedzę Luwr. Kiwam potakująco głową, dziękuję i się żegnam, ustawiając się w odpowiednim miejscu. Jeszcze nie zdążyłam na dobre się zainstalować, a facet z czarnego mercedesa, pod krawatem i wyprasowany w kant ochoczo do mnie podbiega, i mówi, że on już już jedzie, tylko mu Coli trza 😀 Na co ja, że wow, nie spieszy mi się, spokojnie.

Jedziemy, gadamy o fotografii, o Paryżu, ogólnie o wszystkim, a pan postanawia zawieźć mnie dokładnie pod adres, który mam zapisany na kartce. Funduje mi tym samym szybkie zwiedzanie samego centrum Paryża, w godzinach szczytu, kiedy to miasto jest nieprawdopodobnie zakorkowane, i najlepszym wyjściem, żeby się po nim poruszać wydaje się deskorolka, hulajnoga lub ewentualnie rower.

 Ale udało się. Trafiłam do mojego paryskiego domu. Pod same drzwi. Drogą okrężną, z przystankami, ale kto powiedział, że droga najkrótsza jest najlepsza? Nie byłby co wspominać. Najważniejsze, że jestem. Paris, Paris.

Natomiast o tym, jak się bawi paryska bohema, czy da się spać pod wieżą Eiffla, dlaczego nie lubię Luwru i które cmentarze są najpiękniejsze, to o tym już razem kolejnym.

Reklamy