Tagi

, , ,

A więc Paris Paris. Znalazłam się w dziwnej części, zamieszkałej przez wszelkiej maści emigrantów. W ogóle Paryż jest niesamowitym miksem, po kilku dniach zaczęłam się zastanawiać, czy biali ludzie stanowią tam choć 30% ( nie licząc turystów of kors). Kobity w kolorowych kiecach, muzułmanki w swoich chustkach, Chińczycy, murzyni, wszystko w jednym miejscu, przemieszane. Myślałam, że w Madrycie widziałam sporo, no ale wtedy jeszcze nie byłam w Paris.

Jeszcze z plecakiem, siadłam sobie przed pierwszą lepszą knajpką, przyglądając się kolorowej ulicy. Wyciągam aparat, bo co jak co, ale ludzie zawsze zasługują na zdjęcia. I kątem oka zauważyłam ciekawego człowieka. Nie żebym kierowała specjalnie moją Smenę w jego stronę, ale jakoś tak kombinowałam, żeby go uchwycić. Patrzy na mnie zza okularów przeciwsłonecznych, marszcząc brwi, i zaczyna coś po francusku. Pewnie mnie opierdziela – pomyślałam sobie. Wzruszam ramionami, pokazując, że NIC nie rozumiem. Pyta po angielsku skąd jestem.

 – Polska.

 – To kuźwa sobie możemy pogadać.

 -, Ale jazda. Nie przypuszczałam, że pierwszą osobą, którą poznam w Paris będzie Polak xD

 – Cóż Ty tu właściwie robisz?

 – Przyjechałam sobie. Stopem. – Mówię radośnie, i w tym momencie już piję kawę z monsieur Andree (:

 – Jesteś walnięta. Serio stopem sobie ot tak przyjechałaś?

 – No tak. Jeszcze tu nie byłam, więc.. jestem.

4

Co się okazało, Andree mieszka w Paryżu od dwudziestu kilku lat. Zabawny, kolorowy, niesamowicie otwarty, złośliwy, zajebisty facet. Projektuje wnętrza, fotografuje, maluje, robi muzykę. I milion innych rzeczy. Długie rozmowy, o tym, czemu oksydowany róż jest lepszy od innych kolorów, jak fajnie by było mieszkać w Indonezji, dlaczego Polska jest zagonem Europy… Pokazał mi miejsca, których bym sama nie znalazła, powiedział, co najlepiej by było olać. Czasami wydaje mi się, że działam jak magnes na ciekawe elementy i dziwnych ludzi. Bo nic nie robię, uśmiecham się właściwie tylko i emanuję szczęściem, że jestem tu a nie gdzie indziej.

DSC_0290

Pierwszą destynacją w Paris był Montmarte. Bo co innego w końcu. Naczytał się człowiek w końcu wierszy, naoglądał obrazów, to gdzie mógłby skierować swoje kroki. Miejsce magiczne, ale też po brzegi wypełnione turystami. Byłam tam dwa albo trzy razy. Powoli snując się małymi, pnącymi się w górę uliczkami, wśród murów upstrzonych różnej maści malunkami, graffiti i naklejkami. Wśród średniej klasy obrazorobów, Japończyków ze srajfonami  i tabletami ( tak, lustra już wyszły z mody azjatyckiej), szłam sobie wolne, przypatrując się miejscu, gdzie wyrosła legenda bohemy.

DSC_0048 DSC_0045 DSC_0043 DSC_0035 DSC_0033 DSC_0029 DSC_0027 DSC_0025 DSC_0024 DSC_0023 DSC_0012 DSC_0009 DSC_0006

Z tego co najładniejsze na Montmarte, to chyba jednak cmentarz. Nie jest to ten z grobem Morrisona ani Chopina, o tym kolejnym razem, ale zwykły, mały cmentarz, ze starym rzeźbionymi nagrobkami, omszałymi krzyżami, i kotami wylegującymi się w słońcu. Idealne miejsce, żeby usiąść, zapalić w cieniu, może odpocząć. Albo ja mam jakąś taką dewiację.

DSC_0093-2 DSC_0100 DSC_0081 DSC_0052 DSC_0055 DSC_0062 DSC_0073

Tak minął dzień, szlajając się, robiąc zdjęcia i gapiąc się na ludzi. Z zajebistym uczuciem, że udało się po raz kolejny, że jak się chce, to się ZAWSZE da. I, że mogę wykreślić kolejny punkt z mojej małej To Do List, obejmującej setki mniejszych i większych przedsięwzięć

Nie mogę się powstrzymać, przed zacytowaniem kolegi po fachu, z bloga Autostopem przez życie. Pięknie napisał dokładnie to, co sama miałam ochotę powiedzieć nie raz i nie dwa.

Jestem w drodze.
Jestem tam gdzie prawdopodobnie nikt przede mną nie dotarł. Każde kolejne miejsce jest wyjątkowe. Nie ważne czy są to hiszpańskie plaże, skandynawskie lasy czy kazachskie stepy. Dotarłem tutaj kompletnie oddając się przypadkowi i przypadkowo spotkanym ludziom. 
Jestem w drodze i odkrywam nieodkryte dobro, które jest w każdym człowieku, ale zbyt często negujemy jego istnienie. Ludzie się nie uśmiechają, ale nie dlatego, ze są źli, ale prawdopodobnie mieli gorszy dzien. Dlatego wtedy ja się uśmiecham, szczerze, bo uśmiech zaraża. Czasami wystarczy jeden, żeby wynagrodzić kilkadziesiąt minut stania. Jedno machniecie dłonią kierowcy, a sam uśmiechasz się od ucha do ucha. Często jedno auto wystarczy, żeby zamienić kolejny dzień w przygodę. I uśmiecham się, bo jestem w drodze, bo jestem autostopowiczem.”

Reklamy