Tagi

, , ,

Z Montmarte, któregoś dnia polazłam na nogach do Luwru. Nie żeby mi szkoda było tego 1,70 ojro na bilet do metra czy żebym nie miała weny przełazić na nielegalu przez bramki, (co mi się zdarzyło, ale.. tylko, dlatego, że na 2 czy 3 stacjach nie mogłam znaleźć automatu, a spieszyłam na spotkanie z monsieur Andree, pomyliwszy uprzednio ulice xD), ale głównie dlatego, że chciałam zobaczyć jak miasto wygląda normalnie. Godzina, godzina z hakiem spaceru w 40 stopniowym skwarze. Paryż krzyczy na wszystkie strony, jest popieprzony i kolorowy. Na każdym kroku napotykam jakiegoś Chińczyka, jakąś arabeskę, jak to zwał monsieur A. Paryż jest idealny na polaroid – myślę sobie i już wiem, że kiedyś tu wrócę, z siatą klisz i zrujnowana na magiczne papierki.

DSC_0117 DSC_0129 DSC_0339

W Luwrze zaś… Luwr był zawsze kolejną rzeczą na To Do List, do odhaczenia. Zatem w Luwrze, jak wspomniałam, pisk wycieczek, wszędzie wyciągnięte do góry ręce ze srajfonami i tabletami. Ustawiłam się grzecznie w półgodzinnej kolejeczce, uiściłam daninę na sztukę, ale jakoś specjalnie nie byłam przekonana, czy to najlepszy pomysł. Niemniej, jestem w Paris, do Luwru iść chciałam, no to trzeba.

DSC_0149 DSC_0144 DSC_0141 DSC_0136 DSC_0132

Wchodzę do środka, ludzi jest ogrom. I już wiem, że mnie ci fotografowie sztuki będą denerwować. Nawet nie , źle powiedziane, oni mnie nieziemsko wkurwiają. Jaki jest cel, Panie i Panowie, iść do muzeum, o być w tym Luwrze, i zamiast wzdychać do Nike z Samotraki czy Wenus z Milo, biegną ludzie do tej Mony Lisy, z wywieszonym językiem. Zaraz zobaczysz najważniejszy obraz w Twoim życiu!, da się słyszeć po polsku wśród tłumu masowo galopującego w stronę obrazu, w sumie i tylko po to, żeby wyciągnąć łapę do góry i w geście zwycięstwa pyknąć fotkę srajfonem, nawet specjalnie na obraz nie patrząc. Jest, mam, widziałem najważniejszy obraz w historii świata. Co z tego, że bez zastanowienia przechodzą koło Leonarda da Vinci, co z tego, że obok wisi Tratwa Meduzy Delacroix…

Luwr może i bogaty renesansowo, ale .. Mnie o wiele bardziej podobało się Prado w Madrycie. Tam nie można było robić zdjęć, tam trzeba było patrzeć. Wyszłam z lekkim niesmakiem. Luwr, Panie i Panowie, dupy nie urywa.

Co jeszcze trzeba było w Paris zrobić? No zapalić fajeczkę i wypić wińsko przy grobie Morrisona. Sprawdziłam więc, gdzie cmentarz Père-Lachaise  się znajduje, zaopatrzyłam się w wiktuały na piknik poranny, i wyruszyłam na wycieczkę, gubiąc się po drodze kilka razy. Co jak co, ale ulice w Paryżu są wielkie, szeroki i łatwo pójść nie w tę stronę. Ale trzeba mieć talent Rudej, i nie odróżniać prawej od lewej. Père-Lachaise jest o wiele większy niż ten poprzedni cmentarz na którym byłam, na Montmarcie. Jest też mnie j klimatyczny. Bardziej zadbany, nic nie rozsypuje, jakoś tak mniej zachwyca. Fajną sprawą jest, że przy wejściu dostaje się mapkę z zaznaczonymi punktami – grobami sławnych ludzi. W sumie, można tu spędzić cały dzień poszukując, pod którą płytą leży Edith Piaf, Balzac czy Modigliani. Poszlajałam się, znalazłam Apollinaire, znalazłam Oscara Wilde’a, Balzaca, Chopina. Znalazłam też Morrisona, usiadłam sobie z boku, na trawie, zapaliłam rytualnego papierosa, otworzyłam ambrozję i tak jakoś mi chyba z godzina zleciała, po prostu gapiąc się na przychodzących tam ludzi. Jacyś amerykańscy hipisi, rozprawiający o koncertach, trochę srajfonów w chińskich łapkach, jacyś Hiszpanie. I znów miałam to samo uczucie, że cieszę się, że tu jestem, i znowu spełniam jedno ze swoich małych marzeń.

DSC_0176 DSC_0170 DSC_0169 DSC_0164 DSC_0186.NEF

Potem pojechałam na Pola Marsowe. Zrobić słitasną fotkę z wieżą Eiffla oczywiście, i pamiętając, że monsieur Andree mówił, że jak tam pojadę, to znając mój talent, poznam masę ludzi i się nie ruszę stamtąd całą noc. Plan tego nie zakładał, ale że wyszło jak wyszło. Na polach Marsowych panował zbiorowy piknik.

DSC_0225 DSC_0217 DSC_0211 DSC_0205 DSC_0203

Była sobota, kto żyw usadzał tyłek na trawie i jadł. Bagietka, kawałek sera, jakieś owoce, wino – czego chcieć więcej? Zajebista pogoda. Przyłączyłam się, więc do tej zbiorowej konsumpcji na wolnym powietrzu. Zażarłam swoją bagietkę z kawałkiem sera, popitą piweczkiem, wyleguję się na słońcu. Nie minęła chwila, a ktoś mnie zaczepia. koleś, zaczął do mnie mówić po angielsku, płynnie przechodząc na grecki, z którego ja już niewiele pamiętam, a okazało się, że jest z Indii. Coraz mniej rzeczy jest w stanie mnie zadziwić. Szczególnie w tym mieście.

DSC_0254

 – Napij sie wina ze mną. – mówi, patrząc na moją butelkę po piwie.

 – Spoko, czemu nie.

 – To czekaj, bo schowałem w krzakach, bo nie wiedziałem czy tu można. – Zgłupiałąm, rozglądam się dookoła, każdy wyposażony w butelkę czy puszkę, społeczne przyzwolenie, a facet chowa wińsko w krzakach..

 – To może przynieś je tutaj, spożytkujemy. Bo tu jest fajne miejsce.

 – To zaraz wracam. – rzekł facet, którego imienia nie pamiętam (skleroza nie boli), i po 5 minutach wrócił z kartonem wina, 23 czy 5 litrowym, wyposażonym w kranik, dzierżąc w łapie plastikowe kubki.

 – No to Twoje zdrowie.

 I tak siedzieliśmy, piliśmy to wińsko, opowiedział, jak z tych Indii przyjechał, jak pracował w Grecji, jak znalazł się w Paryżu. Potem dosiadł się do nas Włoch, który chciał zapalniczkę. Zaczyna gadać po włosku, po francuski, w końcu stanęło na tym, że z Włochem rozmawiałam po polsko-rusku… Był muzykiem, przyszli jego znajomy, potem jacyś ludzie  z bębnami. W między czasie trafiłam na polski piknik. Milion rzeczy w ciągu jednej nocy, milion poznanych ludzi. Pod wieżą Eiffla spałam, przykrywszy się szalikiem, i obudziwszy się o 6 rano z malowniczym kacem. Bo co jak co, Panie i Panowie, w Paryżu nawet na kacu wygląda się malowniczo.

A co było dalej, jak poznałam wspaniałego autostopowicza  z Couchsurfingu, co oznacza z samego srana i inne takie, next time. (:

DSC_0275

Reklamy